Francja

Podróż za jedną bagietkę #2

img20210926_18052357

Sprawa zakupu pieczywa rozwiązała się dość szybko. Przy drodze stał automat do wypieku bagietek. Taki typowo francuski wynalazek. Wrzucasz 1,10 Euro i za chwilę dostajesz cieplutką, chrupiącą bagietkę. Nie jest to co prawda wymarzone rozwiązanie, bo wolałbym jednak kontakt z żywym człowiekiem a nie automatem. Ale jest niedziela, ludzie mają wolne.

IMG_1856

Mam zresztą takie wrażenie, że francuzi kochają automaty. Automatyczne, pozbawione personelu stacje paliw, które konsekwentnie odrzucają płatności niefrancuskimi kartami bankomatowymi – słuszne, po co jakiś obcy będzie im się po kraju szwędał, automatyczne bagietkomaty…

Ten zaś dodatkowo jest dowcipny. Otóż nie reaguje na dokładnie odliczoną kwotę. Gdy wrzuciłem odliczone 1,10 euro, na wyświetlaczu pojawił się napis: „Kredyt – 1,10, Koszt – 1,10” ale automat przestał reagować na przycisk „Realizacja”. Należało nacisnąć przycisk „Anuluj”, zastąpić dziesięć centów dwudziestką, wrzucić do automatu jeszcze raz jedno euro i dwadzieścia centów i dopiero wówczas zlecić realizację. Automat z radością wypluje z siebie bagietkę oraz dziesięć centów reszty.*

IMG_1855

Tego nie trzeba rozumieć. Ale w zwykłym sklepie z normalnym, żywym sprzedawcą, takich przygód nie przeżyjesz i nie będziesz rozwiązywać łamigłówek. Pouczające i rozwijające zarazem.

Tymczasem przy drodze pojawiło się COŚ.

IMG_1834

Zawróciłem w nadziei, że uda mi się dociec, co to mogło być.

IMG_1835

Próżne jednak nadzieje na odkrycie, cóż to mogło kiedyś być oraz do czego służyć. Może przydrożna knajpka. Albo warsztat. Może bardziej to drugie, skoro to coś jest okafelkowane. Przynajmniej na tyle, na ile można dostrzec.

IMG_1843

Skręcając w szutrową drogę z myślą „zobaczymy dokąd prowadzi”, dojechałem do dużego gospodarstwa rolnego. Takiego troszkę pegeerowatego, jednak najwyraźniej prywatnego.

DSC_6625

Ciekawą konstrukcją był żelazny budynek wyspawany z szyn służących chyba normalnie do umacniania głębokich wykopów. Jak się okazuje, mają one także inne zastosowania. Na przykład do konstrukcji budowli, które będą rdzewieć w malownicze ciapki.

DSC_6638

Podróżowanie starym, archaicznym pojazdem ma sporo zalet. Jedną z nich jest to, że z uwagi na stosunkowo niewielką prędkość przelotową, zauważa się o wiele więcej rzeczy niż jadąc czymś współcześniejszym. Inna sprawa, że ta niska prędkość irytuje wielu miejscowych kierowców, mimo że nie odbiega ona od dopuszczalnych 80km/h.

Ale spora część tutejszych użytkowników dróg prowadzi auta z południową manierą. Czyli kompletnie bez wyobraźni, ignorując wszystko i wszystkich.

W związku z tym w każdej miejscowości przejście dla pieszych znajduje się na dużym progu zwalniającym lub jest tymi progami niemal obłożone.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to na tutejszych ścigantach robi jakiekolwiek wrażenie. Wręcz przeciwnie. Taki próg służy według nich do wyprzedzania, bowiem delikwent którego chcą objechać na takiej przeszkodzie przecież zwolni. A zatem jest to dla nich idealne miejsce. Gdy po raz kolejny zostałem w ten sposób wyprzedzony, tym razem przez Peugetoa wytłuczonego tak, że przeleciał przez próg na „raty”, to znaczy najpierw podskoczył na nim tylko przód samochodu a dopiero potem tył, zrozumiałem, że to jest tutejsza norma. Pojazd zachowywał się tak, jakby przód i tył zamontowano do kabiny elastycznie, na jakichś zawiasach. Ten samochód był mniej sztywny niż mokra kartka papieru. Gdyby nagle znalazł się na niemieckim TÜV i został wzięty zgodnie z tamtejszą procedurą na podnośnik, to zwiesiłby się na nim jak pęto kiełbasy na wędzarni.

Można by zadać sobie pytanie, co by było, gdyby podczas takiego wyprzedzania na przejściu na progu zwalniającym, pojawił się nagle pieszy? Ano, według ścigantów, nic by się nie stało. Przejeżdżanie bowiem pieszemu po piętach czy palcach widać jest tu w dobrym tonie. Przynajmniej w małych miejscowościach dane mi było się o tym naocznie przekonać.

Przydrożny pierdolnik; o pardon, instalacja artystyczna. Gdy nie wiesz co zrobić ze starymi meblami, zawsze możesz zrobić performance.

DSC_6641

A tu zwykły, normalny, przydomowy bajzel. Gnicie tej limuzyny ma zapewne głębszy sens i rad byłbym go poznać.

IMG_1837

Znajomy zadał mi kiedyś pytanie, dlaczego na tej stronie nie zamieszczam map z trasą podróży. Bardzo dobre pytanie, na które mógłbym udzielić odpowiedzi filozoficzno – intelektualizującej, żeby zbyć na szybko pytającego. Jednak prawda jest prozaiczna. Takie mapki bowiem nie istnieją a plan wyjazdu tworzy się w jego trakcie w oparciu o staromodny, papierowy atlas drogowy. Jest zwykle tylko miejsce docelowe a trasa powstaje w trakcie. W tym przypadku nie ma nawet i tego.

IMG_1828

W związku z tym kluczenie i zawracanie nawet o kilkadziesiąt kilometrów jest stałym punktem programu. Z tym z kolei wiąże się odpowiedź na drugie pytanie – dlaczego jadę sam? A znacie kogoś, kto wytrzymałby ciągłe zatrzymywania, zawracania i kluczenie po przypadkowych, wąskich dróżkach? Ja też nie.

Skoro pewne rzeczy mamy wyjaśnione, pora wrócić na drogę. Bo to w sumie o nią tu chodzi. Kolejna boczna dróżka prowadzi do galerii „Kamienie na granicy”, międzynarodowej instalacji artystycznej.

IMG_1840

Kilka lat temu postanowiono postawić obok niej farmę wiatraków. Artyści i działacze protestowali. Na próżno. Tam bowiem, gdzie spotyka się sztuka z biznesem, wygrywa zwykle jednak biznes.

IMG_1864

Fragment jednej z rzeźb na granicy, czyli granit w granicie.

IMG_1862

Droga jako cel.

IMG_1861

Jedyna napotkana stacja paliw z normalną, ludzką obsługą. Wygląda tak, jakby zatrzymała się w czasie. O dziwo, ma aż trzy dystrybutory. Zwykle takie małe stacyjki mają po dwa – jeden dla benzyny 95 i drugi dla ON. Ta jest luksusowa, bo ma jeszcze benzynę 98 oktanową. Niech Was nie zmyli ta czwórka na dystrybutorze z benzyną 98. Na stacji naprawdę są tylko trzy stanowiska. Każdy dystrybutor wygląda zresztą nieco inaczej i mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że pochodzą z tak zwanego „recyclingu”. Czyli mówiąc prosto – zostały zapewne odkupione z jakichś  innych stacji, jako używane ale jeszcze dobre. To też jest w sumie urokliwe.

IMG_1846

Dystrybutory są wiekowe, podczas pracy rzężą jak na starym cepeenie. Mam tylko nadzieję, że benzyna jest już bez ołowiu i nie będzie podczas jazdy zarzucać świec 😉

IMG_1832

Kolejna nawrotka i kolejne odkrycie. Tym razem znowu COŚ. Nie bardzo mam pomysł, co to mogło być. Jakaś cieciówka czy inna wartownia? Teren ogrodzony, więc może coś jest na rzeczy.

IMG_1868

Podczas przechadzki po mieście odkryłem księgarnię a na jej wystawie książkę, która mnie zaskoczyła. W pierwszej chwili jej tytuł przeczytałem jako „Vive La France” a rysunek na jej okładce kazał się domyślać różnych rzeczy. Oczywiście, tytuł brzmi „Vive La Farce” (Niech żyje farsa!) a zbieżność jest jak najbardziej zamierzona.

DSC_6839

Rzecz, której się w tym miejscu nie spodziewałem. Niemiecka tablica z Camel Trophy 1984 😮

DSC_6946

*) Na koniec zagadka: to jaki w końcu typ bagietki udało mi się zanabyć metodą kupna?

img20210926_18061950

Podróż za jedną bagietkę #1

img20210926_18052357

Grunt to mieć jakiś powód. Oficjalnym celem tej wycieczki będzie zakup pieczywa zwanego bagietką. Nieoficjalnym zaś, ale zdecydowanie ważniejszym, jest wycieczka po francuskiej prowincji. Temat ciekawy i mało ekspolatowany. A ponieważ, jak wszem i wobec wiadomo, najlepsze bagietki można kupić na placu Pigalle, więc jedno z drugim elegancko się wiąże.

Tak więc szykujcie się na podróż po francuskich drogach i bezdrożach. Będzie to Francja „B” w pełnej krasie. Dominować będą tu miejsca, których raczej nie zobaczycie na wycieczce z „Orbisem”. Nie będą to też obrazy, które po wrzuceniu na „fejsa” czy „instra” wzbudzą zazdrość u znajomych i sąsiadów. Bo i nie o to chodzi. Rzecz bowiem w tym aby pokazać Francję z innej strony, niż ta oficjalnie pokazywana w mediach. Może nie tak efektowną i pełną przepychu, nadal jednak ciekawą i urokliwą. Krótko mówiąc – wycieczka po francuskich zadupiach i pierdolnikach. Temat, który fascynuje mnie już od dłuższego czasu, jednak z racji sytuacji na świecie musiał zostać nieco odłożony

Jeden z ostatnich postojów w Niemczech. Wzgórza w tle to już Francja.

DSC_6622

Klasyczne, pamiątkowe zdjęcie. Gdybym dwadzieścia lat temu wspomniał komukolwiek, że będę tym gratem jeździł po Francji, to by mnie natychmiast wysłano do lekarza. Wiadomo zresztą którego. Sam bym zresztą w to nie uwierzył.

DSC_6620

Ten dziwny budynek w tle to dawny francuski urząd celny. Niby jest ta strefa Schengen i swobodny przepływ ludzi, towarów i usług… Należy jednak pamiętać, że ten niesamowity komfort mamy od niedawna. I że nie jest on dany raz na zawsze, o czy boleśnie przekonali się Brytyjczycy.

DSC_6608

Zaczynają się francuskie szosy. Inaczej niż w Niemczech, nawet te dość podrzędne drogi we Francji starają się raczej omijać miejscowości. Asfalt na nich jest chropowaty i miałby wspaniałą przyczepność, gdyby był równy.

DSC_6634

Niestety, zwykle jest jednak mniej lub bardziej zerodowany i zużyty. Ta chropowata, przyczepna warstwa, jest w wielu miejscach wytarta do gołej smoły. W przypadku gwałtownego hamowania efekt będzie zapewne odwrotny do zamierzonego.

DSC_6628

Od głównej szosy do mniejszych miejscowości odchodzą lokalne dróżki. Ta jest akurat bardzo szeroka, jednak z reguły są one dużo węższe.

DSC_6610

Wiata przystankowa lokalnego odpowiednika PKSu kryje pewną ciekawostkę. Ta skrzynka to ogólnodostępna dla wszystkich, mała biblioteczka. W oczekiwaniu na autobus, zamiast gapić się bezmyślnie w telefon, można sobie poczytać jakiś kryminał tudzież inny romans. Rzecz warta szerszego rozpropagowania także i u nas. Pod warunkiem wszakże, że nasi troglodyci tej biblioteczki nie zdemolują pierwszej nocy.

DSC_6614

Tymczasem, klucząc i kilkukrotnie zawracając, dojeżdżam do pierwszej większej miejscowości. Większa, bo liczy pewnie z kilkaset domów, z czego duża część jest już od dawna niezamieszkała.

DSC_6837

Jest to trochę dziwne, bo na logikę takie przygraniczne miejscowości powinny czerpać profity ze swojego położenia. Tymczasem, we Francji jakoś się to niespecjalnie udaje. Trudno powiedzieć dlaczego.

Stary, zapomniany mural reklamujący coś, czego nawet nazwy trudno się domyślić.

DSC_6843

Tablice i tabliczki odkryte podczas krótkiego rekonesansu. To miejsce tętniło kiedyś życiem. Dziś pozostały po nim tylko coraz mniej czytelne ślady.

DSC_6844

DSC_6848

DSC_6846

DSC_6934

DSC_6936

Za kilka lat czas, rdza i promienie słoneczne zrobią swoje.

To co mnie zawsze niezmiernie fascynowało, to restauracja obecna niemal w każdej francuskiej wiosce. Rzecz niesamowita. Bo przecież na wsi najprościej i najtaniej można zjeść w domu.

Ale taka „Café René” pełniła chyba bardziej funkcje towarzysko – kulturalno – relaksacyjne, niż zwykłej jadłodajni. Tu cała wioska zabawiała w weekendy, spotykała podczas chrzcin, ślubów i stypy…

Niestety, większość z nich od dawna wygląda w ten sposób.

DSC_6940

DSC_6942

DSC_6941

Ciekawe, co za przemiany społeczne spowodowały, że te kawiarnie przestały funkcjonować. Wygląda zresztą na to, że ich koniec nastąpił niemal w tym samym czasie.

DSC_6842

Cóż, na zbyt wiele nie można tu liczyć.

Tymczasem, żeby nie było, zamieszczam rysunek poglądowy przedstawiający najczęściej spotykane (spożywane) typy pieczywa zwanego bagietką. Jak widać, sprawa nie jest tak prosta.

img20210926_18061950

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Fort Hackenberg – nieplanowana część druga

img20200425_20191896

Po pierwszym okresie fascynacji człowiek zaczyna mieć dość tematów wojennych. Co za dużo, to niezdrowo. Czasem jednak nie sposób od nich uciec. Tak jak tym razem. Mianowicie pojawił się w domu Gość. Człowiek ten postanowił zostać zawodowym żołnierzem, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Ja jestem jednak innym pokoleniem; w moich czasach kombinowało się, jak tego wojska uniknąć. Ale to były inne czasy i inne wojsko.

Gość zapragnął zobaczyć słynną Linię Maginota. Taka ciekawość zawodowa. Wobec tego nie pozostało nic innego jak owe życzenie spełnić. Fortów, które na Linii Maginota można zwiedzać jest sporo, jednak bez wątpienia wizytówką był i pozostanie Hackenberg.

Zapakowaliśmy się do adekwatnego pojazdu i z samego rana wyruszyliśmy w kierunku Francji. Pochmurno ale najważniejsze że nie pada. Zresztą, w przypadku zwiedzania fortów warunki pogodowe nie są aż tak istotne.

DSC_8625

Amerykański niszczyciel czołgów M10 Gun Motor Carriage, zwany nieoficjalnie Wolverine czyli „Rosomakiem”, pilnujący drogi dojazdowej do Fortu, doczekał się w końcu nowej farby.

DSC_8628

Kilkanaście minut później zatrzymujemy się na dziedzińcu Bloku Amunicyjnego. To tędy, przy pomocy kolejki wąskotorowej dostarczano do fortu amunicję i zaopatrzenie.

DSC_8630

Wewnątrz fortu znajduje się specjalna bocznica, umożliwiająca zamianę lokomotyw. Na zewnątrz fortu używano lokomotyw spalinowych, natomiast we wnętrzu fortu, z wiadomych względów, używano wyłącznie trakcji elektrycznej.

DSC_8681

Fort Hackenberg ma od zawsze rangę „reprezentacyjnej” budowli na Linii Maginota. Jest on bowiem jednym z najstarszych i największych obiektów na całej linii, który miał być wzorem dla pozostałych umocnień. Tyle tylko, że wówczas nikt nie miał pełnej świadomości, ile pieniędzy trzeba będzie utopić w tym projekcie. Obiekt jest ogromny – a miał być jeszcze większy, w planach była bowiem kolejna faza jego rozbudowy.

DSC_8686

Budowę Fortu Hackenberg rozpoczęto w 1929 roku – czyli jeszcze przed dojściem do władzy w Niemczech austriackiego kaprala z wąsikiem. Rzecz, która daje dużo do myślenia. Wynika bowiem z tego, że doskonale zdawano sobie sprawę z tego, jak kruchy pokój wynegocjowano w 1919 roku.

DSC_8690

W całym projekcie utopiono zawrotną sumę 172 milionów ówczesnych franków.

DSC_8700

Fort ma kształt litery „Y”. Głowna galeria o długości niemal dwóch kilometrów rozdziela się na dwie odnogi. Pierwsza, o długości pół kilometra, prowadzi do głównych bloków bojowych. Druga, długa na kilometr, umożliwia komunikację z blokami bojowymi wschodniego skrzydła. Długość wszystkich korytarzy i chodników wynosi około 10 kilometrów, wydrążonych wewnątrz góry Hackenberg na głębokości 25-30 metrów. Dla usprawnienia komunikacji całość obsługiwana jest przez elektryczną kolejkę wąskotorową o rozstawie szyn równym 60 cm.

DSC_8707

DSC_8907

DSC_8950

Chodniki i korytarze łączą ze sobą bloki bojowe. Jest ich w sumie 17, uzbrojonych w osiemnaście dział. Budowę pierwszego etapu zakończono w 1933 roku. Do rozbudowy w ramach drugiego nigdy nie doszło.

DSC_8727

Załoga fortu oficjalnie wynosiła 42 oficerów i 1040 żołnierzy. Jednak w rzeczywistości była nieco mniejsza.

DSC_8737

W grudniu 1939 roku Fort Hackenberg wizytował brytyjski król Jerzy IV.

DSC_8740

W 1940 roku wojska Niemieckie nie zdecydowały się na bezpośredni atak na Fort Hackenberg. Zamiast tego obeszli całą linię od zachodu przy okazji rozjeżdżając stojące im na drodze państwa. Z takim obrotem sprawy nikt we Francji się nie liczył, czyli nie wyciągnięto żadnych wniosków z krwawych walk podczas Pierwszej Wojny Światowej.

DSC_8741

Fort mimo kapitulacji Francji wcale nie miał ochoty się poddać i jeszcze przez niemal dwa tygodnie nadal pozostawał poza niemiecką kontrolą.

DSC_8749

W czasie wojny Niemcy wymontowali z Linii Maginota dużą część uzbrojenia fortecznego, które użyli do budowy umocnienień Wału Atlantyckiego. W podziemiach zaś urządzono fabrykę kół zębatych i skrzyń biegów, zabezpieczoną w ten sposób przed ewentualnym alianckim bombardowaniem.

DSC_8751

Fort Hackenberg, mimo częściowego ogołocenia z uzbrojenia, narobił jednak kłopotu Amerykanom, zwłaszcza Blok numer osiem.

DSC_8753

Po Drugiej Wojnie Światowej nastał w końcu czas pokoju. Niezbyt jednak pewnego. Fort Hackenberg nie został wcale zdemobilizowany. Wręcz przeciwnie. Pojawiły się plany jego modernizacji i unowocześnienia.

DSC_8761

DSC_8766

DSC_8768

DSC_8769

DSC_8771

Obawiano się bowiem kolejnego ataku ze wschodu, tym razem ze strony wojsk Układu Warszawskiego. Do 1956 roku Fort Hackenberg wyznaczony był jako punkt obrony przed ewentualnym atakiem sowieckim. Później jego znaczenie zmalało. Francja rozwinęła swój własny program nuklearny i uznano, że atomowy straszak na komunistów będzie dużo lepszy i skuteczniejszy niż stare fortyfikacje. Fundusze przeznaczone na modernizację i utrzymanie umocnień zostały w związku z tym przesunięte na program nuklearny. Mimo tego wojsko stacjonowało w Forcie do 1968 roku. Fort opustoszał dopiero w 1970 roku. Nadal pozostał jednak w rezerwie, na wszelki wypadek.

DSC_8774

DSC_8792

DSC_8797

DSC_8804

DSC_8814

DSC_8815

DSC_8820

DSC_8821

DSC_8823

W 1975 roku okoliczni mieszkańcy zaczęli organizować wycieczki po obiekcie. Zawiązało się stowarzyszenie „Amifort”, które za cel postawiło sobie ochronę Fortu Hackenberg.

DSC_8834

DSC_8838

DSC_8839

DSC_8844

Przywrócono do działania jeden z bloków w zachodnim skrzydle. Funkcjonuje winda, obrotowa wieżyczka z kopułą pancerną wraz z podnośnikiem. Jeden z czterech generatorów jest całkowicie sprawny i przy odrobinie szczęścia można podziwiać jego pracę podczas zwiedzania.

DSC_8846

DSC_8852

DSC_8855

Sprawna jest kolejka elektryczna a przejażdżka nią jest gwoździem programu zwiedzania.

DSC_8866

Podczas wycieczki wejdziemy także do zniszczonego w czasie walk Bloku 8. Skrzydła wschodniego nie można niestety zwiedzać, ponieważ gipsowa skała z której zbudowana jest góra Hackenberg osiada i tunele są z tego powodu mocno uszkodzone.

DSC_8877

DSC_8885

DSC_8898

DSC_8946

DSC_8966

Zasadniczo to koniec zwiedzania. Tym razem jednak tak nie będzie, bowiem postanawiamy wjechać zaprzęgiem na górę Hackenberg, gdzie znajduje się punkt kierowania ogniem. Obsługiwał on nie tylko Fort Hackenberg ale również sąsiednie forty.

DSC_8637

Swego czasu wjazd na górę był wyczynem. Wiodła tam bowiem wąska, bardzo zniszczona dróżka wśród lasów, pełna ogromnych dziur i wyrw. Po obu jej stronach znajdowały się zasieki oraz tabliczki informujące o tym, że jesteśmy na terenie wojskowym. Zawsze zastanawiało mnie, czy wyzbierano stąd już wszystkie miny, którymi swego czasu góra Hackenberg była nadziewana niczym ciasto rodzynkami.

Dziś jest dużo łatwiej, bowiem droga została wyrównana i poszerzona. Żwirowa nawierzchnia nie jest może wymarzona do jazdy pod stromą górę na szosowych oponach, ale nie ma co narzekać. W porównaniu z tym, co można było tu zobaczyć jeszcze kilka lat temu można powiedzieć, że jest bajkowo. Co prawda klika razy trzeba było balansować ciałem, żeby nie przeważyło zaprzęgu na stromiźnie, jednak to nic groźnego.

A na górze, zupełnie nieoczekiwanie, mamy stary cmentarz z całkiem współczesną kaplicą. Nekropolia ta robi dość upiorne wrażenie.

DSC_8643

DSC_8662

DSC_8665

Tak w ogóle, co za pomysł aby na szczycie góry urządzać cmentarz.

Wokół cmentarza zaś wystają z ziemi stalowe kopuły schronów obserwacyjnych. Nie powiem, żebym tak sobie wyobrażał punkt kierowania ogniem.

DSC_8658

Kiedyś byłem pod wrażeniem tego cudu inżynierii. Dziś patrzę jednak na niego zupełnie inaczej. Ludzkość jednak trudno zrozumieć. Zaledwie kilka lat minęło od ostatniego, najkrwawszego konfliktu w dziejach a już Europa szykowała się do nowej wojny.

img20210511_15352627

Politycy którzy tworzyli nowy, powojenny świat najwyraźniej wiedzieli, że budują go na bombie zegarowej. Z poprzedniego konfliktu, który pochłonął miliony istnień, niczego nie zrozumiano i nie wyciągnięto żadnych wniosków na przyszłość.

Zamek książąt Lotaryngii

img20200704_19450850

Śmieszna sprawa, ale przejeżdżałem tędy wielokrotnie i nie zwróciłem większej uwagi na górującą nad miastem Sierck-les-Bains twierdzę. Zresztą, stwierdzenie że budowla ta góruje nad otaczającą ją miejską zabudową jest mocno na wyrost. Widać ją z szosy ale sprawia raczej wrażenie ukrytej za domami. Pozbawiona jest większości typowych cech średniowiecznych budowli obronnych i przez to wydaje się o wiele młodsza niż jest w rzeczywistości.

DSC07443

Kilka lat temu próbowałem się do niej dostać, jednak pogubiłem się w labiryncie wąskich, średniowiecznych uliczek starego miasta. Brzmi to może nawet zabawnie, gdy weźmie się pod uwagę, że miejscowość ta liczy nieco ponad 1600 mieszkańców. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że uliczki są tu wąskie, strome i do tego przeważnie jednokierunkowe. Jeden fałszywy skręt i wyjeżdża się w zupełnie innym miejscu niż się planowało – najczęściej na głównej ulicy biegnącej wzdłuż Mozeli. Zasadniczo wszystkie drogi prowadzą tu w kierunku rzeki.

DSC07633

Wobec tego sprawę wówczas sobie odpuściłem. Aż do teraz. Będąc znowu przejazdem w Sierck-les-Bains i korzystając z weekendowego, niewielkiego ruchu, postanowiłem spróbować ponownie dostać się w okolice zamku. Tym razem próbuję inaczej i zamiast w prawo, na głównym skrzyżowaniu jadę prosto. W ten sposób znów wjeżdżam na starówkę, jednak tym razem z innej strony. Znów dojeżdżam do kolejnego skrzyżowania. I znów do wyboru są trzy drogi. Gdzie teraz? Niby to weekend, ale uliczki są tak wąskie, że motocykl skutecznie blokuje ruch na skrzyżowaniu. To gdzie jechać?

Na szczęście to prowincja i tu nikomu nigdzie się nie spieszy. Jakiś starszy człowiek w zdezelowanej furgonetce wskazuje mi życzliwie środkową uliczkę.

– Merci!

Droga pnie się pod górę. Wjeżdżam na mostek nad rzeczką Montenach. To chyba dobrze. Znów dojeżdżam do rozwidlenia dróg. Ale teraz wybór wydaje się prosty. Górę zamkową mam po lewej, Mozelę po prawej. A więc w lewo.

To był właściwy wybór. Uliczka jest naprawdę stroma i wąska, do tego pełna zakrętów. Aż boję się pomyśleć, co by się stało, gdyby z góry, zza zakrętu, wyskoczyła nagle przeładowana furgonetka. Chodników, rzecz jasna, nie przewidziano. Bo i jak? Mogłyby mieć co najwyżej szerokość krawężnika. Więc do potencjalnych zagrożeń dochodzą także ewentualni przechodnie.

Bingo!

DSC07446

Droga kończy się parkingiem przy twierdzy. Teraz już nie wydaje się tak mała jak widziana z dołu, jednak nadal nie robi wielkiego wrażenia. Jak mylny jest to osąd, okaże się za chwilę.

DSC07460

Wstęp jest płatny i kosztuje 6 Euro od dorosłego. W pierwszej chwili wydaje mi się to nieco wygórowaną ceną, jak za zwiedzanie kilku ogryzków murów. Ale postanawiam spróbować.

DSC07470

Moje wyobrażenie o tym obiekcie okazało się być bardzo mylne. Budowla ta pochodzi z X albo XI wieku i jest jednym z najstarszych zamków we wschodniej Francji. Są i tacy, którzy próbują przeciągnąć jego rodowód aż w starożytność, wskazując, że nazwa miejscowości Sierck pochodzi od łacińskich słów „circum” i „circulus”, które odnoszą się do położenia tego miejsca w pętli rzeki Mozeli.

DSC07471

Oczywiście nie można wykluczyć wcześniejszego istnienia w tym miejscu fortu galijsko-rzymskiego Castell Castellum, jednak zważywszy na brak dowodów archeologicznych są to tylko spekulacje.

DSC07477

W każdym razie do X wieku tereny te należały do biskupów Trewiru. Potem na arenę wkracza rodzina de Sierck, która przejmuje władzę nad tym miejscem. Pojawia się ona w zasadzie nie wiadomo skąd. Na temat ich pochodzenia historycy snują różne domysły. Jakby nie było, jednak to pod ich rządami zamek i powstałe w jego cieniu miasto rozkwitają i przeżywają swój złoty okres. Niektórzy panowie de Sierck dostępują wysokich stanowisk religijnych, jak na przykład niejaki Jean de Sierck który dochrapał się biskupstwa Utrechtu a potem Toula (zmarł w 1305 roku) czy też Jacques de Sierck (zmarł w 1456), który jako arcybiskup Trewiru wsławił się założeniem w tym mieście uniwersytetu. Piastowanie tak wysokich funkcji podnosiło oczywiście prestiż i znaczenie zamku w Sierck.

DSC07484

Kroniki wymieniają jeszcze pana Ferri de Sierck, który w 1285 roku podczas turnieju Chauvency-le-Château, który odbył się w pobliżu Montmédy, rywalizował z niejakim panem Millet de Thil oraz Arnolda von Sierck (1366–1455), żonatego z Elisabeth z Beyer von Boppard, który zbudował zamek Meinsberg, dziś znany jako pięknie odrestaurowany zamek Malbrouck. Czyli panowie de Sierck nie tylko się modlili.

DSC07491

W każdym razie zamek Sierck i miasto rosły w siłę i autor pewnego francuskiego przewodnika turystycznego wcale nie przesadzał, że na wycieczkę po zamku należy się zaopatrzyć w dobre buty, bo chodzenia będzie dużo. Również po niewygodnych, średniowiecznych schodach. To okazało się prawdą. Zamek jest niesamowicie rozległy, chociaż z zewnątrz wcale nie robi takiego wrażenia.  Jednak to tylko pozory. Sama długość murów obronnych jest niesamowita. A gdy doliczymy do tego dobrze zachowane kazamaty, podziemne przejścia, masywne wieże i bastiony obronne – robi się naprawdę ciekawie.

DSC07560

DSC07576

DSC07582

DSC07587

DSC07590

Koniec zamku nastąpił z chwilą zdobycia go przez Francuzów. Stało się to 4 września 1643 roku. W roku 1661 Sierck został na stałe włączony do korony francuskiej. Odtąd zamek przestał pełnić funkcje reprezentacyjne. W związku z tym ówczesny minister wojny, niejaki Louvois, w 1673 roku nakazał zburzyć książęce budynki mieszkalne. Uzyskaną w ten sposób przestrzeń przeznaczono na potrzeby militarne. Zamek stracił swój pierwotny, średniowieczny wygląd.

DSC07505

Natomiast w XVII wieku Vauban Sirck przekształcił go ostatecznie w fortecę z barbakanami.

DSC07449

Mimo to zamek ma swój niepowtarzalny charakter. Wiele detali architektonicznych nadaje mu wręcz śródziemnomorski wygląd.

DSC07615

Przez różne zawirowania losu nie zachowało się jego oryginalne wyposażenie. Piekarnię odtworzono:

DSC07502

DSC07519

Latryny są z XVIII wieku.

DSC07554

A smoki i gargulce są współczesne, bo cóż to za średniowieczny zamek bez smoków.

DSC07539

DSC07549

Na zamku, który pierwotnie, jak mi się wydawało, obejdę w piętnaście minut, spędziłem ponad dwie godziny. A tam, w dole, czeka średniowieczne miasto…

DSC07462

Ale o tym przy innej okazji.

Po drugiej stronie miedzy

DSC03107

Do „dobrego” człowiek szybko się przyzwyczaja. Zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ot, po prostu, pewne rzeczy po prostu są, należą się nam i już. Są jak ta przysłowiowa psia miska. Do tych rzeczy należy niewątpliwie swoboda poruszania się w ramach UE, praktycznie bez granic. Cyk i jesteśmy już w innym kraju. Mijamy tylko tablicę informującą, że wjeżdżamy na teren innego państwa. Czasem jeszcze może zmienić się rodzaj asfaltu pod kołami. To wszystko. Przekroczenie granicy państwa czy granicy powiatu – wszystko jedno, niczym się to w zasadzie nie różni.

DSC03123

Korzystam z tej swobody bardzo często. Brak pomysłu na weekend? Żaden problem. Wycieczka do Francji, Belgii, Holandii, Danii czy innego Luksemburga to zawsze dobry pomysł. Niedaleko, bo w dzisiejszym świecie odległości się skurczyły i jakaś egzotyka też jest. A o to w tym wszystkim tak w zasadzie chodzi.

DSC03111

Mimo tego zawsze, ilekroć przekraczam tę umowną linię na mapie która wyznacza granicę pomiędzy państwami, czuje się dziwnie. Mimo iż robiłem to setki razy, tego uczucia nie umiem się pozbyć. Że to już. Tak po prostu. Że nikt nie ruszy za mną w pogoń jak w latach 80-tych gdy podczas wycieczki w górach, dzieciakami będąc,  zeszliśmy ze szlaku i po jakimś czasie okazało się, że nielegalnie znaleźliśmy się w „bratnim kraju”. Dobrze że „bratni” pogranicznicy nie pobili się „bratersko” między sobą o to, kto aresztuje młodocianych uciekinierów. Że nikt nie będzie wywracał mi plecaka na lewą stronę, jak na granicy PRL-DDR w poszukiwaniu „nielegalnych” dżinsów czy opiekacza. Że, tak jak to miało miejsce jeszcze na przełomie stuleci, żaden pogranicznik nie każe mi stać na pustym przejściu w ulewie dobrze ponad godzinę, bo jest tu Bardzo Ważną Osobą wykonującą Jeszcze Ważniejsze Zadania niż wbicie mi jakże arcypotrzebnego stempelka do paszportu. Te zadania były tak ważne, że po wejściu do strefy Schengen, gdy pogranicznik zniknął już ze swoim przejściem to świat nie dość że się nie zawalił ale zaczął w końcu normalnie funkcjonować.

DSC03120

Uwielbiam przejażdżki po Francji. Boczne drogi i zagubione wśród pól i lasów wioseczki. Alzacja albo Lotaryngia to już trochę taki „południowy luz”. Są rzeczy wymuskane, jednak lekki pierdolnik też tu nikomu nie przeszkadza. Te zdjęcia to efekt jednej z takich wycieczek niemal równo sprzed roku.

Dziś taka podróż nie jest już możliwa. Granice są znowu zamknięte. To zdjęcia z tego roku. Jeszcze nie było kwarantanny a przejścia graniczne właśnie zamknięto. Tym razem z powodów epidemiologicznych a nie politycznych. Jednak zakaz przekraczania granicy stał się faktem.

DSC07395

Morał z tej historii jest taki, że jednak nie warto odkładać niczego na następny sezon. Bo ten, który nadejdzie może być właśnie taki.

DSC07398

W dzisiejszym świecie nie ma już w zasadzie nic pewnego.

Czterdzieści dwa stopnie w cieniu

DSC03951

Niby termin urlopu był normalny a jednak wyjazd nie był udany. Jak się okazuje, pogoda może być „za dobra”. Tak było właśnie dziś. Nieświadomy niczego wyjechałem sobie rano na przejażdżkę. Było już bardzo gorąco. Jednak po kilku godzinach, gdy podnóżki i aluminiowe wzmocnienia zaczęły mnie dosłownie parzyć w pięty, zacząłem podejrzewać że z pogodą jest dziś coś nie tak.

Moje odczucia potwierdza wskaźnik temperatury płynu chłodzącego. Po zatrzymaniu motocykla jego wskazówka wędruje szybko w górne rejestry i potem jakoś niespecjalnie chce opadać. W końcu zatrzymuje się w połowie skali i w tej pozycji pozostaje, niezależnie od prędkości. Nawet nie ma mowy o tym, żeby wróciła w „zwykłe” rejony skali.

Z upływem czasu robi się niestety coraz cieplej. Pot spływa strumieniami a powietrze nad jezdnią ma konsystencję gorącego kisielu. A przynajmniej takie mam wrażenie. Sytuację pogarszają snujące się po drogach maszyny rolnicze a w końcu korek w niewielkiej mieścinie, spowodowany uszkodzoną sygnalizacją świetlną. Tego już było mi za dużo. Kapitulacja i powrót do domu. Po drodze jeszcze „niewielki” krwotok z nosa. To naprawdę nie są temperatury dla mnie.

Żeby jednak nie było, że cała wycieczka była aż tak zła.

DSC03950

DSC03951

DSC03955

Tego dnia w regionie padł rekord ciepła, nie notowany od niemal dwudziestu lat.

DSC03956

Termometry zanotowały plus czterdzieści dwa stopnie w cieniu.

Get Medieval

DSC_6745

Podróż za jeden uśmiech. Nie, to jednak zupełnie nie tak. Raczej to tylko rozpaczliwa próba ratowania resztek urlopu. Zawsze na wiosnę sobie powtarzam, że „w tym roku to już na pewno” a potem znów wychodzi tak samo…

DSC_6743

DSC_6697

DSC_6696

DSC_6704

DSC_6705

DSC_6708

DSC_6699

DSC_6734

DSC_6726

DSC_6728

DSC_6737

DSC_6720

DSC_6745

DSC_6722

DSC_6724

DSC_6747

Chwilę po wykonaniu tej fotografii, zaraz za kolejnym zakrętem napotykam na poboczu na francuskiego motocyklistę na przedwojennym Terrocie. Niestety, maszyna ma problemy ze skrzynią biegów. Ale, jak się okazuje, jeszcze gorsze jest jej uruchamianie. Gdy patrzę na męczącego się Francuza, zaczynam się cieszyć że swoje graciarstwo zatrzymałem przezornie na wczesnych latach 80-tych i tego typu męki zostały mi oszczędzone. Widząc jego problemy proponuję popchanie maszyny do najbliższej wioski, gdzie zresztą mieszka ponoć jakiś jego znajomy. Daleko nie jest a swego czasu tak się robiło – zapierało prawą nogą o podnóżek uszkodzonego pojazdu i ruszało swoim sprawnym. Kawałek da się w ten sposób przejechać. Jednak okazuje się to zbędne. Terrot nieoczekiwanie zaskakuje i sam z siebie powoli turla się do wsi. Jadę powoli za nim dla asysty.

W wiosce rozstajemy się. W sumie jestem szczęśliwy z posiadania w miarę nowoczesnego motocykla. Może nie tak efektownego jak antyczny Terrot, ale jednak efektywnego.

Moja radość była przedwczesna. Kilkadziesiąt kilometrów dalej pada część elektryki. Któryś z poprzednich właścicieli zrobił ją „prowizorycznie” a, jak wszyscy doskonale wiemy, prowizorka jest ponoć najtrwalsza. Nie tym razem jednak. Za jednym strzałem pada część oświetlenia i deska rozdzielcza. Z tym nie dam rady w tej chwili nic zrobić. Maszyna pędzi przed siebie ślepa i głucha. Dobrze że jeszcze jedzie. Awarie okazują się być zaraźliwe.

Jak się okazuje, to jeszcze nie wszystko. GPz zaraziła się od Terrota czymś jeszcze. Po jakimś czasie zaczyna niedomagać i sprzęgło. Tego jeszcze brakowało.

Prowizoryczne odpowietrzanie niewiele daje. Czyżby siadała pompa? Płyn jest a problem z przełączaniem biegów się nasila. Na domiar złego uszkodzona okazuje się być śruba od dekla i po jakimś czasie jej odkręcenie przestaje być możliwe.

Mimo wszystko GPz dojeżdża do garażu o własnych siłach. Ślepa, głucha, bez świateł i z zablokowaną skrzynią biegów ale jednak.

Kochany motorek.

Jednak teraz już definitywnie nastąpił dla niego koniec sezonu. W przyszłym tygodniu odesłany zostanie do „suchego doku” na przegląd generalny.

 

Prowincjonalnie

DSC03764

Jadąc przez Francję „na czuja”, czyli kierując się przeczuciem i niczym więcej, dojeżdżam do jakiejś wioski czy maleńkiego miasteczka na końcu szosy. Dosłownie, bo droga prowadzi jeszcze tylko kilkaset metrów poza zabudowania i kończy się ślepo. Zakaz wjazdu, rezerwat przyrody. Wracam do centrum.

Wspaniały klimat zapomnianej prowincji na końcu świata. Na środku drogi, jak gdyby nigdy nic, rozmawia z zaangażowaniem kilka starszych kobiet. Są w końcu u siebie, więc mogą stać gdzie chcą. Prowincjonalne miejscowości rządzą się swoimi prawami. Przejeżdżam ostrożnie obok nich. Wydają się być zaskoczone wizytą „obcego na  motorze”, na dodatek z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi.

DSC03761

Panie przerywają konwersację, jednak nie usuwają się z jezdni nawet na milimetr. One tu rządzą. Parkuję, wyłączam silnik. Mesdames, ciągle stojąc na środku drogi, wymieniają jakieś uwagi na mój temat, lustrując mnie od stóp do głów, po czym, najwyraźniej dochodząc do wniosku że przyjezdny jest najzwyklejszym człowiekiem na ziemi, przechodzą do lokalnych plotek i nie zwracają już więcej na mnie uwagi. Kocham te klimaty.

Podjeżdża jakieś auto. Medames rozmawiają dalej na środku szosy, nie zwracając na pojazd najmniejszej uwagi. Najwyraźniej go nie przepuszczą. Kierowca, chcąc nie chcąc, musi cofnąć i zaparkować na jedynym dostępnym mu miejscu. Niesamowite.

Wspaniała prowincja.

DSC03763

Dawno, dawno temu, końcem świata dla mnie było niewielkie miasteczko Mogielnica. Pamiętam stare, czarno-białe zdjęcia z babcinego albumu. Był na nich drewniany budynek z podcieniem, stojący na brukowanym rynku w tej miejscowości. Wyglądał nierealnie, niczym żywcem przeniesiony z Dzikiego Zachodu. Zawsze chciałem go zobaczyć. Od miejscowości, w której mieszkała moja Babcia, do Mogielnicy było mniej więcej 10 km. Od mojego domu do Babci jakieś 75-80km. I wiecie co? Nigdy tam nie byłem. Serio. Brzmi to dziwnie nawet dla mnie. Chociaż doskonale pamiętam, że wówczas, w latach 80-tych i wczesnych 90-tych odległości miały zupełnie inny wymiar. W co zresztą mi samemu trudno jest uwierzyć. A co dopiero wytłumaczyć młodszym.

Śmieszna sprawa; dziś jeżdżę sobie po Francji setki kilometrów, ale w Mogielnicy do dziś nie byłem. Dziś zresztą nie ma już chyba po co tam jechać. Interesującego mnie domu z podcieniem nie ma tam już pewnie od ponad 20 lat. Kochajmy prowincje, tak szybko odchodzą.

DSC03764

Ale tu też jest fajnie.