Amerykański Sen

Amerykański sen – na Harleyu na Highwayu

img20200727_17174050

Wraz z wiosną obudzili się amerykańscy motocykliści. Oczywiście mogłem sobie tylko popatrzeć na ich maszyny, bo swojego motocykla przecież nie miałem. Zaopatrzyłem się co prawda w samochód, bo w USA życie zaplanowane jest całkowicie pod auto i funkcjonować bez niego na dłuższą metę jest trudno. Był to odkupiony od znajomego z pracy kilkunastoletni Nissan Maxima. Samochód bardzo w porządku ale zasadniczo nic poza tym. Taki wybór z rozsądku. Ale jednak swoje kosztował i na jakiś czas przynajmniej trzeba było odłożyć inne plany na bok. Głód jednośladów jednak pozostał.

Pewnego dnia mój najlepszy kumpel z pracy poprosił mnie o pomoc w uprzątnięciu jakichś gratów ze swojej komórki. Mieszkał na przedmieściach w kamienicy i na podwórzu miał swój boks w czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało nasze osiedlowe śmietniki. Były to w rzeczywistości komórki na różne rupiecie dla mieszkańców, bowiem kamienica nie posiadała piwnicy. Albo inaczej – piwnicę posiadała, tylko przerobioną na mieszkania.

Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że wśród rupieci mój znajomy trzyma w tej komórce także motocykl. Stał przykryty zakurzonym płótnem. Widać było już na pierwszy rzut oka że jest duży.

Była to dość mocno zaniedbana Hydra Glide z 1986 roku w kolorze budyniowym, dokładnie takim jak niemieckie taksówki. To malowanie nie wzbudzało jakoś zaufania, podobnie jak obicia lakieru i wyłażąca spod nich wesoło rdza i ogólny stan zapuszczenia. Gdy zapytałem kumpla dlaczego na nim nie jeździ, ten wzruszył tylko ramionami i powiedział coś, co miało oznaczać „że już mu przeszło”, po czym uznał rozmowę za skończoną.

Ja jednak wiedziałem już, że nie zostawię tak tego tematu. Metodą ciągłego nagabywania (tak zwana „chińska tortura”) udało mi się dowiedzieć, że motocykl zasadniczo jest na chodzie, chociaż nie udało mi się dociec, co to określenie miało oznaczać. W końcu, po tygodniu nalegań, udało mi się namówić kolegę na wspólną przejażdżkę. W umówiony weekend wyciągnęliśmy motocykl z boksu, odkurzyliśmy, pogoniliśmy pająki, uzupełniliśmy płyny i powietrze w kołach po czym, po wstawieniu akumulatora spróbowaliśmy wreszcie uruchomić tego mastodonta. Szło opornie, przy czym okazało się, że jego odpalanie jest jednak czynnością mającą duży związek ze sztuką. W końcu maszyna zagadała. Kumpel podał mi w związku z tym jakąś starą skórzaną kurtkę, kask i rękawice i powiedział, że jak mi się znudzi, to żebym odstawił motocykl z powrotem do boksu.

Po czym pożegnał się po amerykańsku. Znaczy odwrócił się i sobie poszedł, zostawiając mnie samego z pracującym motocyklem. W pierwszej chwili ogarnęła mnie panika. No bo jak to, z nieswoim motocyklem. Inna rzecz, że nigdy do tej pory nie prowadziłem tak dużego motocykla!

Ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Ciekawość zwycięża. Bo skoro potrafi to poprowadzić nawet redneck, to ja chyba też powinienem dać sobie radę. Podwórze kamienicy było dość duże, dalej mamy szeroki chodnik a następnie drogę osiedlową, na której ruch jest znikomy, bowiem służy ona zasadniczo tylko do parkowania. Dobra nasza. Jest gdzie popróbować zanim wyjadę (ewentualnie) na prawdziwą drogę.

Po kilkunastu próbach ruszania, hamowani i skręcania uznałem, że wczułem się już wystarczająco dobrze w motocykl, aby spróbować wyjechać nim na główną aleję. Pierwszy zakręt mocno za szeroko, będąc kompletnie nie wczutym w gabaryty maszyny. Motocykl trzęsie się, wibruje, dudni – a ja jadę po Belmond Avenue. Uczucie niesamowite. Pozwalam sobie nawet na nieco „swobodniejszą” jazdę.

img685

W pewnej chwili, w trzęsących się od wibracji lusterkach dostrzegłem jadący za mną radiowóz. Żaden Amerykanin wprost się do tego nie przyzna, ale USA to jednak państwo mocno policyjne i spotkania ze stróżami prawa zwykle nie należą do przygód pożądanych ani przyjemnych. Czyli zupełnie odwrotnie jak w filmach z Hollywood. Policjant najłatwiej przyczepić się może do przekroczenia prędkości. Tak jest zresztą wszędzie na świecie. Na tym odcinku limit prędkości wynosił 20mil. Z nauk kolegów wiedziałem, że niepisaną zasadą jest, że policjant nie reaguje na przekroczenie prędkości, jeśli nie jest większe niż pięć mil. Szybko zerknąłem więc na prędkościomierz, umieszczony w „nienaturalnym” dla mnie miejscu i po raz drugi poczułem, że jeżą mi się włosy na głowie.

Okazało się, że licznik nie działał! Tak po prostu. To ile jechałem? Jak szybko aktualnie się poruszam? Może za szybko i policjant tylko szuka miejsca aby mnie zatrzymać? A może wręcz przeciwnie, dużo poniżej limitu i to również przecież może wydawać się podejrzane. Zacząłem rozumieć, co oznaczało określenie, że motocykl „zasadniczo” jeździ.

img20200428_18190853

Postanowiłem na najbliższych światłach skręcić w prawo. Może uda się „zgubić” ten przeklęty radiowóz. A jeśli jednak pojedzie za mną, to przynajmniej będzie wiadomo, że czegoś chce. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Nie wiedziałem jeszcze, że Harley nie powiedział dziś ostatniego słowa. Na najbliższych światłach dałem kierunkowskaz w prawo. Na razie świeci się czerwone światło, motocykl dygocze i trzęsie. W pewnej chwili z przerażeniem dostrzegam, jak od mojego motocykla odpada, niczym w zwolnionym filmie, lewe lusterko. O losie słodki… Za mną oczywiście stoi radiowóz i nie wiem, czy przypadkiem nie chce czegoś ode mnie a motocykl, jak gdyby nigdy nic, gubi sobie części…

Zbieram lusterko z jezdni. Całe szczęście że zdążyłem przed zmianą świateł. Radiowóz oczywiście skręca w prawo i jedzie za mną. Kilkaset metrów dalej dostrzegam stację benzynową i postanawiam zatrzymać się na niej. Co ma być to będzie.

Niemal w pełnym pędzie wpadam na stację. Motocykl podskakuje na podjeździe. Radiowóz najspokojniej w świecie przejeżdża sobie obok. W oknie widzę tylko roześmianą twarz policjanta. Miał widać ubaw moim kosztem. Ale ja już miałem dosyć wrażeń jak na jeden dzień.

Mimo wszystko tego Harleya pożyczyłem jeszcze kilka razy, aż w końcu kolega zaproponował mi jego odkupienie. Cena była okazyjna i wszystko zmierzało do zrealizowania transakcji. Jednak pewien przypadek, a w zasadzie wypadek spowodował, że do niej jednak nie doszło.

Cóż, życie lubi pisać własne scenariusze.

img20200425_20070651

Amerykański sen – rozmyślania na wysokościach

img20200727_17174050

Któregoś dnia znajomy z pracy zapytał mnie, czy byłem już na Sears Tower Skydeck, czyli najwyższym punkcie widokowym w mieście, skąd rozciąga się wspaniała panorama Chicago a ponoć można nawet dostrzec sąsiednie stany. Tu nie wiem, czy mnie trochę nie wkręcał. Faktem jest jednak, że Sears Tower góruje nad Chicago i takich widoków nie zobaczy się nigdzie indziej. Widziałem gdzieś nawet wielką reklamę tej atrakcji.

img848

Jak to zwykle w życiu, zawsze ma człowiek coś „ważniejszego” do roboty. Jednak w końcu zebrałem się w sobie i postanowiłem pojechać do dzielnicy drapaczy chmur aby w końcu zobaczyć miasto z góry. Pojechałem rzecz jasna autobusem, bowiem samochodu wówczas jeszcze nie posiadałem. Zresztą, ceny parkingów w Downtown mogą zabić, więc tak czy owak to najlepszy z możliwych środków lokomocji.

img663

Najwyższy budynek w Chicago zlokalizować nie jest specjalną trudnością. Dużo ciężej było dostać się do środka. Z powodu wojny i zagrożenia terrorystycznego trzeba było przechodzić przez bramki jak na lotnisku. Prześwietlenie bagażu, rewizja osobista – pamięć o jedenastym września była ciągle żywa.

img683

Na górę dostać można się za pomocą wind. Największym zaskoczeniem było jednak spotkanie w owej windzie pary Amiszów. W swoich tradycyjnych ubraniach, ona w czepku a on z brodą i w kapeluszu wyglądali w ultranowoczesnej windzie jak zagubieni w czasie. Zawsze myślałem że stronią oni od wszelkich nowinek technicznych a tu proszę – jadą sobie elegancko windą na jeden z najwyższych drapaczy chmur podziwiać panoramę Chicago. Sielanka nie trwała jednak długo. Na jednym z dużych ekranów wmontowanych w ścianę windy można było zobaczyć film rysunkowy opowiadający o Sears Tower. Kobieta wpatrywała się w ten ekran jak zauroczone dziecko – nietrudno było odgadnąć, że rzadko – jeśli w ogóle – ma okazję oglądać telewizję. Towarzyszący jej mężczyzna błyskawicznie złapał ją za rękę i zgromił wzrokiem tak, że pochyliła głowę i wbiła wzrok w podłogę. Tak stała już do końca podróży. Potem zgubiłem ich gdzieś podczas przesiadki i więcej już nie spotkałem. Podejrzewam, że zrezygnowali jednak z obejrzenia panoramy Chicago, bo na Skydeck ich już nie widziałem. A powinienem.

img20200428_18200615

Panorama Chicago była rzeczywiście imponująca.

img643

img646

img654

Jednak cały czas zaprzątała mi głowę scena w windzie i rozmyślania o granicach wolności człowieka. Bo z jednej strony każdemu wolno żyć, jak mu się podoba. Jak do tej pory wszystko jest w porządku. Jednak czy ci napotkani w windzie Amisze są tak naprawdę wolni? Czy ta dziewczyna może tak powiedzieć? Teoretycznie tak. Jednak jej wybór to tak naprawdę brak wyboru. Urodziła się w rodzinie Amiszów, którzy uparli się aby żyć jak w XVII wieku. Pewnie już nawet nikt nie pamięta ani nie rozumie po co i dlaczego. Ale wychowali i wyedukowali córkę tak, jakby ciągle był wiek XVII. Przez to jest ona całkowicie niezdolna do życia poza ich wspólnotą. Gdyby miała okazję rzeczywiście poznać życie u progu XXI wieku i wówczas dokonać wyboru, wszystko byłoby w porządku. A tak, wychodzi na to, że jednak rację miał Orwell, pisząc:

„wolność to niewola”.

Amerykański sen – wojna i pokój

img20200727_17174050

Wojna w Zatoce Perskiej trwała w tym czasie w najlepsze. Zajęty pracą starałem się o tym nie myśleć, jednak wiadomości telewizyjne nie dawały o niej zapomnieć, relacjonując jej przebieg „live”. Używano do tego ówczesnej nowości, czyli kamer internetowych, przy czym powolność łączy powodowała, że dziennikarze poruszali się na ekranie telewizora niczym muchy w miodzie.

img20200428_18183530

Opinia publiczna, jak to zwykle, podzieliła się na dwa skrajne obozy. Zwolenników interwencji, których chyba była jednak mniejszość. Albo nie mieli po prostu powodów do manifestacji, bo w sumie sprawy szły po ich myśli. Zbrojna interwencja była przecież faktem.

img679

Przeciwnicy z kolei organizowali ogromne, barwne demonstracje, w obstawę których zaangażowane były ogromne siły policyjne.

img806

img788

img791

img786

img795

Po wszystkim uczestnicy marszów robili sobie pamiątkowe zdjęcia po czym rozchodzili się do domów. I tyle.

A wojna trwała w najlepsze.

Było to obrazowe wyjaśnienie powiedzenia mówiącego, że demokracja to najgorszy z możliwych ustrojów ale lepszego jednak nie wynaleziono. Bo działa, ale tylko w momencie wyborów.

img20200425_20070651

Amerykański sen – historia jednego dolara

img20200727_17174050

W życiu jakoś zwykle tak jest, że nie może być za łatwo. O ile z adresem żadnego problemu nie było, o tyle okazało się, że ze znalezieniem pracy w czasie wojny wcale nie jest tak prosto. Niestety, to co zwykle mawiał Ferdek Kiepski mówiąc, że „ w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” nie jest żartem tylko gorzką prawdą. A dorosły stajesz się z chwilą, gdy przestaje cię to śmieszyć. W USA było podobnie, tylko do tego wszystkiego doszedł problem nieznajomości realiów i ludzi. Wykorzystując nieliczne możliwości próbowałem się dowiedzieć czegoś to tu, to tam. Niestety, bez rezultatu. Gość od którego wynajmowałem lokum też miał z problemy z pracą. To znaczy zasadniczo ciągle ją miał, jednak było jej niewiele. W rezultacie jeździł do roboty co drugi albo trzeci dzień. A ponieważ po opłaceniu czynszu mój zasób gotówki uległ dramatycznemu uszczupleniu, sytuacja stała się naprawdę niewesoła.

Nie mając nic innego do roboty postanowiłem wybrać się na plażę.

img692

Jezioro Michigan wygląda na pierwszy rzut oka jak morze. Szumi, faluje – tylko nie chce być słone. Od mojego domu do jeziora było jakieś 15 mil. Rzut beretem.

img693

Włócząc się bez celu po pustej o tej porze roku Montrose Beach znalazłem na piasku pomięty banknot jednodolarowy. W pierwszej chwili myślałem że to jakaś ulotka reklamowa. Ale nie. Najprawdziwszy jeden dolar. Może to na szczęście? A więc prawdę mówili, że w Ameryce pieniądze leżą na ulicach. Na plażach widać też. Jakby to były studolarówki albo chociaż pięćdziesiątki to bym się nie martwił. Niestety, ten jeden dolar w niczym mnie nie ratował.

img716

Wracając powoli w kierunku miasta, w parku natrafiłem na znajomą fontannę. To znaczy widywałem ją w telewizji. To na pewno ona. Buckingham Fountain, znana dobrze wszystkim z czołówki serialu „Świat według Bundych”. Do tej pory nawet nie miałem pojęcia, że filmowa rodzinka mieszkała właśnie w Chicago. Co za zbieg okoliczności.

img719

Usiadłem na ławce przy fontannie bijąc się ze swoimi niewesołymi w tym momencie myślami. O swojej nieciekawej sytuacji i o Alu Bundym. Tym gościu, który – nie wiedzieć zupełnie czemu, stał się synonimem życiowego przegrywa. Bo gdy się tak nad tym wszystkim dobrze zastanowić – facet tak naprawdę odniósł w życiu sukces. Ma rodzinę, duży dom, pracę z której może to wszystko utrzymać i na dodatek dobrą paczkę kumpli, którzy zawsze chętnie wpadają do niego na piwo do klubu w piwnicy. Myślę że prawie wszyscy ludzie na tej planecie chcieliby być tak „przegrani” jak on. Ok, Bundy’s byli w stosunku do siebie chamscy i niemili, to fakt. Ale to w zasadzie sprawa najprostsza do zmiany. Wystarczy tylko chcieć.

Gdy tak siedziałem zajęty swoimi myślami, niepostrzeżenie podszedł do mnie młody chłopak. Mniej więcej w moim wieku. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest bezdomny. Nie mam pojęcia, jakie koleje losu rzuciły go na ulicę, ale na jego widok zrobiło mi się chłodno. Czy taki los mnie czeka? Dużo w sumie już nie brakuje. Chłopak prosi o dolara. Niewiele myśląc, dałem mu znaleziony chwilę wcześniej na plaży banknot. Nie znam się na przesądach więc nie wiedziałem, czy znaleziony pieniądz należy zachować czy też wręcz przeciwnie – pozbyć się jak najszybciej. Wobec tego, wybrałem drugą opcję.

img20200425_20045652

Nieznajomy pyta, skąd pochodzę. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą:

– I come from Poland.

Facet pomyślał chwilę po czym powiedział niepewnie:

– Holland?

A niech będzie! Yes, from Holland. Bo w sumie, co za różnica? Nie pierwszy i nie ostatni raz podczas tej przygody dane mi będzie przekonać się, że większość ludzi na świecie nie tylko nie wie, gdzie leży Polska ale nawet nie ma pojęcia o jej istnieniu. Taki pstryczek w nos, żeby nie zapomnieć o swoim miejscu w szeregu.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Do domu wracałem z myślą, że może na ulicy będę miał w razie czego jakiegoś kumpla. Funkcjonuje coś takiego w tym środowisku?

Los jednak okazał się dla mnie łaskawy i oszczędził mi tego typu próby. W domu czekały na mnie dobre wiadomości. Znajomy od gościa od którego wynajmowałem lokum pracował w dużym hipermarkecie. Ktoś z jego teamu zachorował i potrzebowali pilnie osoby na zastępstwo. Na tydzień, może dwa. Takiej okazji nie można było przegapiać.

Pierwszy dzień to było szkolenie. W pierwszej chwili myślałem sobie, że mój nowy przełożony robi sobie ze mnie jaja ucząc mnie tak prozaicznych czynności. Jednak po chwili zastanowienia uznałem, że tak ma być a to należy do jego obowiązków. Tak też było. Drugiego dnia pracowałem już sam, jednak pod nadzorem. Na trzeci dzień szef puścił mnie samopas, chociaż czułem że mnie obserwuje. Pod koniec zmiany podszedł do mnie i zapytał, czy nie chciałbym czasem dołączyć do teamu. Jednak los się w końcu do mnie uśmiechnął.

img20200425_20070651

Amerykański sen – taksówka

img20200727_17174050

Hala przylotów lotniska jest niemal kompletnie pusta. Gdzie się podziali wszyscy podróżni? Nie mam pojęcia. Oczywiście, po pasażerach mojego lotu nie ma nawet śladu. Pewnie wszyscy siedzą już dawno w domach, u rodziny czy znajomych. Ile czasu spędziłem na dołku? Pewnie kilkanaście godzin. Która teraz może być godzina? Przez to wszystko oraz dodatkową zmianę czasu straciłem kompletnie orientację.

W końcu wychodzę przed budynek. Masz ci los. Jest postój taksówek ale nie ma na nim nawet jednego pojazdu. Co teraz? Okazuje się, że niepotrzebnie martwię się na zapas. Postój jest dozorowany i obsługa tłumaczy mi, że ze względu na trwającą od niedawna wojnę oraz związane z tym zagrożenie terrorystyczne samochody nie mogą tu stać ale zaraz wezwą dla mnie taksówkę. Od pamiętnego jedenastego września nie upłynęło wiele czasu.

img20200425_20054474

Rzeczywiście, chwilę później podjeżdża żółta Victora Crown. Kierowca wysiada, chcąc pomóc mi załadować torbę do bagażnika… W zasadzie spodziewać mogłem się wszystkiego, ale nie tego. Kierowca jest bowiem Arabem i wygląda tak, jakby mieszkał na co dzień w Kuwejcie a nie USA. Normalnie stanąłbym jak wryty i zaczął się rozglądać, czy aby na pewno wylądowałem we właściwym kraju. Ale byłem już tak zmęczony i było mi tak wszystko jedno, że nie zwróciłem na ten szczegół większej uwagi.

Ruszamy. Po chwili gość otwiera okienko w przegrodzie oddzielającej przedział kierowcy od pasażerów i pyta, dokąd ma jechać.

img629

A właśnie. Zapomniałem o tym. Wyjmuję z kieszeni karteczkę z adresem, otrzymaną jeszcze w Warszawie i podaję kierowcy. Ten patrzy chwilę na adres a z jego wyrazu twarzy można wyczytać, że się mocno zastanawia. Jest do dosyć niepokojące.

– Wiesz gdzie to jest? – pytam nieśmiało

– Nie – odpowiada ze stoickim spokojem kierowca

– I co teraz?

– Spokojnie, damy radę – śmieje się jak z dobrego żartu.

Lody przełamane. Jedziemy chwilę w milczeniu. Patrzę przez okno podziwiając okolicę. Po chwili kierowca znów się odzywa.

– Na długo przyjechałeś?

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą. Niby wizę mam roczną ale czy zostanę do końca jej ważności? Któż to może wiedzieć.

– Co będziesz robił?

– Tego też nie wiem.

Taksówkarz kiwa głową. Mam takie wrażenie, że to oznacza zrozumienie. Być może sam przyjechał tu kiedyś w poszukiwaniu szczęścia i tak samo nie miał pojęcia, co go tu spotka. W końcu wylądował na taryfie. Dobrze to czy źle? Nie wiem.

img625

Niestety, trafiamy na popołudniowy szczyt. Ruch uliczny gęstnieje z minuty na minutę. W końcu stoimy. Korek. Mijają minuty a samochody praktycznie nie ruszają z miejsca. W pewnej chwili kierowca mówi:

– Dasz mi teraz 30 dolarów i wyłączę taksometr. Tak będzie lepiej dla ciebie. Widzisz jak wygląda o tej porze ruch na mieście.

Patrzę na taksometr. Licznik pokazuje w tej chwili 18 dolarów. Nie mam pojęcia jak daleko jeszcze. To co? Wóz albo przewóz. Ludziom trzeba wierzyć. Odliczam 30 zielonych i podaję kierowcy. Ten, zgodnie z umową wyłącza taksometr. Ale podgląd pozostawia.

img824

Samochód wytacza się na przedmieścia. Teraz dociera do mnie, że kierowca nie rozmawia wcale o polityce, wojnie –chociaż pewnie mógłby mieć dużo na ten temat do powiedzenia. Radio też ma wyłączone. W końcu stajemy.

– Jesteśmy na miejscu – mówi kierowca.

Patrzę na taksometr – licznik nabił 42 dolary. Teraz rozumiem, że dostałem od kierowcy 12 dolarów w prezencie. Dlaczego to zrobił?

– Good luck! – rzuca na odchodnym i odjeżdża.

Zostaję sam na ulicy. Alone in Chicago.

img20200425_20070651

Amerykański sen – z deszczu pod rynnę

img20200727_17174050

Przygotowania do wyjazdu trwają pełną parą. Pozbywam się wszystkiego, co zbędne. Nie ma tego zbyt wiele. Niby wiza jest tylko na rok, ale kto wie co będzie dalej. W efekcie na mój bagaż składają się plecak z aparatem fotograficznym, torba podróżna z ciuchami oraz kilka książek. W portfelu mam 1100 dolarów. To cały mój majątek.

W międzyczasie sytuacja na świecie zaczyna się komplikować. Wojna w Zatoce Perskiej wisi na włosku i ogólnie na tej planecie zaczyna robić się nieciekawie. Ale nie mam czasu nad tym zastanawiać. Jest jeszcze tyle spraw do załatwienia a czas płynie nieubłaganie.

Wreszcie nadchodzi Ten Dzień. Jadę na lotnisko. Taksówkarz o niczym innym nie mówi, jak o możliwej wojnie w Iraku. Tak samo spiker w radiu. Zastanawiam się, czy robi tak specjalnie czy też tylko nie myśli nad tym co mówi.

Odprawa przebiega szybko i sprawnie. W samolocie główny temat to oczywiście znowu ewentualna wojna w Zatoce. Nie mam ochoty tego słuchać, ale się nie da. W końcu, dwie godziny przed planowanym lądowaniem – jeb. Wykrakali. Wojna w Zatoce się zaczęła. To naprawdę nie są dobre wieści.

img849

Z tłumu podróżnych na lotnisku niemal od razu wyłuskuje mnie urzędniczka imigracyjna.

– To wszystkie twoje bagaże? – pyta.

– Tak – odpowiadam.

– Chodź ze mną.

Bez słowa wyjaśnienia. Torba i plecak zostają mi odebrane a ja sam ląduję na dołku. Pomieszczenie ma białe ściany z wielkimi oknami zasłoniętymi żaluzjami. Na środku znajdują się przyśrubowane do podłogi dwa rzędy metalowych ławek bez oparcia. Siadam na jednej z nich. Nie jestem tu sam, jednak nikt nie zaczyna rozmowy. Każdy siedzi osobno, z dala od innych z własnymi problemami. Od czasu do czasu żaluzje na moment rozchylają się. Pewnie żebyśmy wiedzieli, że jesteśmy obserwowani. Co jakiś czas strażnicy kogoś wprowadzają albo wywołują. Ja ciągle siedzę. Tak mijają godziny a we mnie narasta złość. Osoby które przyszły tu po mnie już dawno stąd zabrano a ja ciągle tu tkwię. Złość jednak szybko mi mija gdy strażnicy wprowadzają faceta skutego tak, że może iść tylko w kucki. W zasadzie to oni go wnoszą. Sadzają go na ławce obok, przykuwają do niej dodatkowo kajdanami i tak zostawiają. Wygląda na to że tu naprawdę nie ma żartów. Cóż, pozostaje czekać nie wiadomo na co. Podobno jak już się wpadło po uszy to lepiej jest siedzieć cicho. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zupełnie nie mam pojęcia w co i dlaczego wpadłem.

W końcu wywołują i mnie. Ta sama urzędniczka która wyłuskała mnie z tłumu robi mi teraz przesłuchanie, czepiając się dosłownie każdego mojego słowa. W pewnym momencie mam jej dość i ogłaszam strajk. Już wiem, że do tej Ameryki mnie nie wpuszczą, więc nie będę sobie przedłużał stresu i upokorzeń. Wobec tego ogłaszam urzędniczce, że od tej chwili nie mówię już więcej po angielsku. To ją wybija z roli. W końcu woła tłumacza. A ja mam taką cichą nadzieję, że gdy już tłumacz się pojawi, to rozmowa zacznie przebiegać w spokojniejszym tonie.

W końcu pojawia się tłumacz. Niewysoki, łysiejący facet w garniturze. Teraz on mnie przesłuchuje, dając urzędnicze znak, żeby się nie wtrącała. Czyli że jest nie tylko tłumaczem ale także jej przełożonym.

Na stole leżą moje dokumenty, zarówno paszport jak i koperta z zaświadczeniami z uczelni.

– Opowiedz mi coś o tym – wskazuje na papiery.

Opowiadam więc o tym że studiuję, że jestem w trakcie doktoratu, o urlopie na uczelni i wakacjach które chciałem spędzić w USA podszkalając przy okazji swój angielski. Facet kiwa głową. Nie wiem, co to oznacza. Czy chce pokazać że mnie rozumie czy też że taką bajkę też już słyszał i że wcale go to nie przekonuje. W końcu pyta:

– Czemu masz tak mało bagażu?

A to o to wam chodzi! Odpowiadam, że jestem studentem biologii przyzwyczajonym do życia w akademiku oraz do wyjazdów w teren, więc nauczyłem się obywać bez wielu rzeczy. Zresztą, w sytuacji gdy będę coś potrzebował to zawsze mogę sobie coś dokupić na miejscu. Mam przecież pieniądze. To mówiąc pokazuję mu swój portfel.

Widać zadziałało. Gość daje znak urzędniczce. Ta po chwili przywozi moje bagaże na wózku.

img20200425_20052969

Rzeczywiście, wglądają śmiesznie skromnie.

– Co teraz? – pytam

– Możesz iść – odpowiada urzędnik

img610

– witamy w Ameryce.

img20200425_20070651

Amerykański Sen – oszukać przeznaczenie

img20200727_17174050

Historia niestety prawdziwa, po której zostały wspomnienia oraz kilka cudem ocalałych i odnalezionych filmów ze zdjęciami. Przyznam się szczerze, że długo biłem się z myślami, czy nie pozostawić tego dla siebie. Ale skoro od opisywanych wydarzeń minęło niemal dwadzieścia lat, uznałem że opublikują w celach kronikarskich.

Będzie trochę o „życiu w ciekawych czasach”, podróżach, nieco o motoryzacji. Ale przede wszystkim jest to opowieść o ludziach.

 

Czasem bywa tak, że mimo iż zrobisz wszystko najlepiej jak można, czynniki których nie można przewidzieć potrafią zniweczyć cały wysiłek. Bo czy może być coś gorszego od bezrobocia? Okazuje się że może. Jest to bezpłacie. Właśnie mnie to spotkało, chociaż do niedawna uważałem, że udało mi się oszukać przeznaczenie. Wysiłek, ciężka praca, doświadczenie i z tego wszystkiego robi się nagle wielkie g. Wzniosłe idee, służba nauce i proza życia. Niestety, już po wszystkich egzaminach oraz całym procesie rekrutacji wyszło na to, że będę doktorantem bez stypendium. Tak się nazywa pensja doktoranta żeby przypadkiem nikogo nie rozśmieszyć, gdy się zapyta ile zarabiasz. Więc dlatego mówimy na to stypendium. W ogóle doktorant to taki student tylko z nazwy. Z jednej strony, jak to student, ma swoje egzaminy i zaliczenia, z drugiej robi doktorat a z trzeciej ma normalne obowiązki, jak pełnoetatowy pracownik. Najniższy poziom łańcucha pokarmowego. Teraz okazało się, że można ludzi upodlić jeszcze bardziej.

img20200329_20081510

Trzeba zastanowić się, co dalej. Rynek, nazwijmy to pracy, wyglądał jak wyglądał. To znaczy wcale nie wyglądał, dlatego nawet państwowe uczelnie zaczęły robić to samo co inni i próbowały wykorzystać ludzi ile tylko się dało. „Będziesz pracował za darmo i w nagrodę napiszesz to sobie w CV.” Niewolnictwo XXI wieku. Szkoda tylko, że ta sama instytucja w drugą stronę nie zgadzała się na regulowanie należności „bógzapłaciami” i za akademik i inne rzeczy chce jakichś pieniędzy. Dziwne.

img20210201_17193136

W tej sytuacji poprosiłem o urlop, żeby przemyśleć i poukładać sobie wszystkie sprawy. O dziwo –nawet go dostałem. Z drugiej strony to co im zależało? Przecież pensji, przepraszam – „stypendium” i tak płacić nie chcieli.

W ciągu kolejnych tygodni próbowałem wymyśleć jakiś plan B, czyli znaleźć pracę. Po kilkunastu tak zwanych „rozmowach kwalifikacyjnych”, podczas których jakoś nikt nie zapytał mnie o kwalifikacje oraz kilku rekrutacjach w modnym wówczas „nowoczesnym stylu”, przypominającym bardziej eliminacje do jakiegoś durnego szoł w podrzędnej telewizji zacząłem mieć tego wszystkiego serdecznie dosyć.

Oczywiście miałem na koncie również tak zwane sukcesy. W jednej firmie załapałem się na bezpłatny staż. Gdy okres próbny minął, zapytałem głupio co dalej. Okazało się, że miło już było. Dowiedziałem się, że jestem chamski i arogancki. Bo jak w ogóle śmiem pytać swojego dobrodzieja o jakąś głupią umowę. Co, może jeszcze będziemy rozmawiać o jakimś dziwnym wynagrodzeniu za pracę? Naturalnie zostałem wylany z firmy, w której oficjalnie nigdy nie pracowałem. W kolejnej szef ciągle powtarzał, że kontrahenci cały czas próbują „posadzić go na lewe sanki”. Słyszałem to od niego minimum kilka razy dziennie. O co chodzi z tymi „lewymi sankami”? Sprawa wyjaśniła się dosyć szybko, gdy wyszło na jaw że to on nie ma w zwyczaju wywiązywać się z zawartych umów. Czyli ostrzegał mnie przed samym sobą. W tej sytuacji trzeba było podziękować za „współpracę”, której zresztą oficjalnie nie było, bo ten też nie miał czasu i chęci zajmować się jakimiś „formalnościami.

img20210208_16495209

 A więc na razie, póki co, ciągle oficjalnie jestem studentem doktorantem na urlopie. Może to jakoś wykorzystać? Tylko jak? W Polsce nic mi to już nie daje. A wyjazd za granicę? Status studenta może być ułatwieniem. Tylko dokąd? Mamy rok 2002 i Polska w strukturach UE to dopiero mgliste wizje. Takie bardzo odległe i nieśmiałe marzenie. Co zatem robić?

Kilka dni później, wracając z cyrku pod tytułem „rekrutacja”, przypadkiem znalazłem się koło ambasady USA. Może jednak to jest ten „plan B”? Szaleństwo. Ale czemu nie spróbować? Kierunek tak samo dobry jak inne. Skoro metody „rozsądne” zawiodły, to co pozostaje? Jeszcze tego samego dnia umówiłem się telefonicznie na rozmowę z konsulem. Nie miałem przecież już nic do stracenia.

Wizyta w ambasadzie to bardzo pouczające przeżycie. Przede wszystkim istnieją co najmniej dwie kategorie ludzi. Nikt tego oficjalnie nie powie ale da się to odczuć. Przed ambasadą oczywiście kolejka, w środku tłum ludzi. W końcu siedzimy z numerkiem w rękach w oczekiwaniu na rozmowę z konsulem.  Większość czeka jak na ścięcie. Działa oczywiście „giełda newsów”, czyli kto z urzędników daje wizy a kto nie, co mówić a czego nie wypada. Ten targ jest oczywiście kompletnie bezużyteczny, bowiem w rzeczywistości nie wiesz na kogo trafisz i nie masz na to absolutnie żadnego wpływu. Podobnie zresztą jak na przebieg rozmowy. Bezsensowne podkręcanie poziomu stresu. Ludzie segregują jakieś dokumenty, potwierdzenia że są właścicielami nieruchomości, firm, gruntów. Ja nie mam nic poza zaświadczeniem z uniwersytetu, że jestem studentem doktorantem na urlopie. Tyle udało mi się uzyskać od uczelni. Co ma być, to przecież będzie.

Nadchodzi moja kolej. Konsul przegląda moje dokumenty z zainteresowaniem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wygląda na to, że to dla niego coś nowego. Rozmawiamy chwilę po angielsku o poznawaniu świata, nauce języka, moich studiach i zainteresowaniach. Po wszystkim wychodzę oszołomiony z ambasady – z wizą. Oraz, to już zupełnie nieformalnie, adresem, pod którym mogę się zatrzymać na jakiś czas w Chicago.

Przygoda się zaczyna.

img20200425_20070651