Amerykański Sen

Amerykański Sen – Świątynia Wszystkich Wyznań

img20200727_17174050

– Zanim stąd wyjedziesz chciałbym abyś coś zobaczył – powiedział kolega.

Prowadził bez słowa. Bo i nie było o czym rozmawiać, skoro wszystko zostało już powiedziane. Minęliśmy centrum i wyjechaliśmy na przedmieścia.

img814

Nie zatrzymując się jechaliśmy dalej aż znane mi rejony pozostały daleko w tyle.

W końcu dojechaliśmy do osiedla willi, które zdawało się nie mieć końca. Porządne domy, wszystkie w jednym stylu, trawniki uprzątnięte, wszystko elegancko uporządkowane. Od razu widać, że to „lepsza dzielnica”.

– To tutaj –rzekł Kolega, zatrzymując samochód.

Po drugiej stronie ulicy, na niedużym wzniesieniu stała niewątpliwie świątynia. Ale nieco dziwna. Przede wszystkim trudno było określić, do jakiej religii czy wyznania ona przynależy. Im bliżej podchodziliśmy, tym to wrażenie dziwności coraz bardziej się potęgowało.

W końcu sprawa się wyjaśniła. Ta ażurowa budowla, wyglądająca z bliska jak zrobiona na szydełku, należy do wszystkich. Niesamowite ale to prawda. Na dodatek funkcjonuje. Bo tak na logikę – czemu miałoby nie funkcjonować? Różnorakie religie tak naprawdę więcej łączy niż dzieli, a jeśli „dni święte” wypadają w różne dni tygodnia, to nie ma powodu, dla którego jeden budynek nie może obsłużyć wszystkich.

img836

Bo tak naprawdę ludzie mogą i potrafią żyć w zgodzie. Jeśli tylko tego chcą.

Amerykański Sen – Navy Pier

img20200727_17174050

Któregoś dnia, podczas przerwy na lunch kumpel z pracy zagaił:

– Ty podobno jesteś biolog, tak?

– Teoretycznie – odpowiedziałem taktycznie, nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi.

W takich sytuacjach trzeba się asekurować. Bywa bowiem i tak, że po takim pytaniu koledzy przyniosą ci jakiegoś robala wielkości pół talerza i później będą się nabijać, że nie znasz fauny innego kontynentu. A seriale telewizyjne przyzwyczaiły ludzi do tego, że jak ktoś jest „naukowcem” to automatycznie i natychmiast zna się na wszystkim. Śpiewa, tańczy, recytuje…

– Pytam – powiedział kolega, nie przerywając jedzenia – bo nie wiem, czy byłeś już w Field Museum.

– Nie byłem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. O jego istnieniu wiedziałem, jednak nigdy nie miałem okazji tam być.

– A więc załatwione. Mamy plan na weekend – ucieszył się.

Bardzo lubię tą bezpośredniość. Tu ludzie nie bawią się w jakieś podchody, mówią co myślą i czego chcą wprost. To cecha której warto się nauczyć, bo na dłuższą metę bardzo ułatwia i upraszcza życie.

W sobotę, tak jak to było wcześniej umówione, pojechaliśmy do Downtown. Tym razem „skrótami”, o których istnieniu nie miałem zielonego pojęcia.

img841

Ten cudzysłów jest w pełni zasłużony, bowiem według mojej oceny wyszło dłużej niż normalnie.

img843

Kumpel jednak uparcie twierdził, że wszystko jest jak najbardziej OK. Jak dla mnie nie ma problemu, zwiedzanie podziemi Chicago jest ok, „kruzing” też jest fajną sprawą.

img680

O samym Field Museum można by dużo pisać. Faktem jest, że obiekt jest nieporównywalny z niczym, co do tej pory miałem okazję zwiedzać.

img753

Wizyta w tym obiekcie wprawiła mnie jednak w dość markotny nastrój. Po części dlatego, że kolega pochwalił się kasjerce, że jestem studentem doktorantem i automatycznie dostałem bilet ze zniżką, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.

– O co ci chodzi? Jesteś studentem to ci się należy – skwitował kolega.

Tak i nie. Nie pierwszy i niestety nie ostatni raz przyszło mi się zmierzyć z faktem, że pewne typowo polskie „standardy” będą dla innych nacji kompletnie niezrozumiałe i wytłumaczenie tego stanu rzeczy może być naprawdę dużym wyzwaniem.

Ten melancholijny nastrój nie pozostał niezauważony.

img704

img705

img706

Podczas obiadu na Navy Pier, który wymusiłem w ramach rewanżu za ten zniżkowy bilet wstępu do muzeum, kumpel zapytał wprost:

– Jedziesz czy zostajesz?

Znowu ta amerykańska bezpośredniość. Doskonale wie, że kończy mi się czas pobytu. Oraz że wielu obcokrajowców decyduje się w tej sytuacji na jego nielegalne przedłużenie. Oczywiście też biłem się z myślami. Bo każda decyzja którą trzeba podjąć niesie za sobą negatywne konsekwencje. I co tu teraz odpowiedzieć?

– Wybieraj tak, żebyś później nie żałował.

Wybór nie jest tak oczywisty, jakby się mogło wydawać. Poznałem już kilku takich, którzy wybrali. nielegalny pobyt w USA. Z jednej strony pracują legalnie, płacą podatki i rozliczają się z nich, nabywają i wynajmują nieruchomości, kupują samochody. Niby normalne życie, ale jednak nie. Bo w każdej chwili może „przypomnieć sobie” o nich urzędnik imigracyjny i wysłać ich w podróż w jedną stronę do ojczyzny. Bez prawa powrotu do USA. Tak więc żyją sobie z dnia na dzień, nie otwierają drzwi osobom, z którymi wcześniej nie byli umówieni, nie odbierają telefonów poza tymi uzgodnionymi wcześniej, nie pojawiają się w miejscach „newralgicznych”, gdzie możliwość spotkania urzędnika jest duża. Nie znając dnia ani godziny. Będąc de facto uwięzionymi w Stanach Zjednoczonych, bo wyjechać stąd też nie mogą. Chyba że na zawsze.

Ja tak nie chciałem. Decyzję już podjąłem. Mam już nawet bilet na samolot. Powiem, ale później. Jeszcze nie teraz.

Ale już się chyba domyślał. Za długo mnie znał.

img20200425_20070651

Amerykański Sen – Jackowo

img20200727_17174050

Pewnego dnia pojechaliśmy z kolegą załatwiać jakieś sprawy na niedalekich przedmieściach. Ponieważ miało mu to zająć dłuższą chwilę postanowiłem pospacerować sobie po nowej dla mnie okolicy.

Te „kamieniczki” to jest właśnie to prawdziwe Chicago. Wieżowce zajmują tylko niewielką część „Windy City”, jak zwykło się nazywać to miasto. Te dzielnice mają swój urok, to tu koncentruje się prawdziwe życie. Małe sklepiki, niewielkie warsztaty, pralnie. To wszystko właśnie znajduje się tutaj.

img817

Podczas tego spaceru zupełnie nieoczekiwanie zaczepiła mnie młoda dziewczyna.

„ – Mówi pan po polsku!”

To było stwierdzenie a nie pytanie. Tym bardziej dziwne, że przez ostatnich kilka dni nie miałem żadnej okazji odezwać się ani słowem po polsku.

Całkowicie zaskoczony tym zdarzeniem zdążyłem wybąkać tylko jakieś niemrawe „tak”. Wówczas dziewczyna wcisnęła mi w rękę jakąś gazetę i szybko odeszła.

Czasopismo to oczywiście polska wersja „Strażnicy” Świadków Jehowy. A ja znalazłem się rzecz jasna na Jackowie, czyli w polskiej dzielnicy w Chicago. Dlatego podeszła na pewniaka. Kompletny przypadek że znalazłem się tutaj. Ale trafiła bezbłędnie.

img847

Jackowo z wyglądu nie różni się specjalnie od innych dzielnic. Miałem zresztą już wówczas takie wrażenie, że ta „polska dzielnica” zaczynała się „meksykanizować”.

img633

Pisząc o Jackowie nie da się uniknąć tematu Polonii. Jak wszędzie na świecie, można podzielić ją na „starą” oraz „nową” emigrację. Łączy je pochodzenie i język, ale poza tym dzieli wszystko. Należy pamiętać, że „stara” emigracja opuściła Polskę w zupełnie innej sytuacji polityczno – społeczno –ekonomicznej. Wytłumaczyć im, że wszystko się zmieniło jest zadaniem trudnym, bowiem oni pamiętają zupełnie inną rzeczywistość, zniekształconą często przez czas.

Schowek01

Pamiętam jak któregoś dnia starszy mężczyzna, gdy dowiedział się że jestem Polakiem zapytał mnie, czy w Polsce miałem prawo jazdy i samochód. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą że owszem, miałem prawo jazdy już od czasów liceum a ostatnim autem jakie prowadziłem w Polsce był Nissan. Facet zrobił wielkie oczy po czym odszedł, ciągle kręcąc głową z niedowierzaniem nad moimi słowami, które nijak nie pasowały do jego wizji Polski.

img710

Mam zresztą takie nieodparte wrażenie, że często to pozostała w kraju rodzina celowo utrzymywała ich w mniemaniu, że wszystko jest niemal tak, jak było. Do tego dochodziły polonijne rozgłośnie radiowe, czasem skrajnie ksenofobiczne – aż do obrzydzenia. Pewnie dla wielu osób było to jedyne źródło informacji, bo wbrew pozorom, te osoby ze starej emigracji które poznałem, wcale nie mówiły dobrze po angielsku.

To była zresztą moja ostatnia wizyta w Jackowie.

img20200425_20070651

Amerykański sen – poczuć Amerykę

img20200727_17174050

Rozmowy mające na celu sfinalizowanie zakupu motocykla szły w dobrym kierunku. Do czasu jednak. Samo życie.

Ogólnym problemem krajów rozwiniętych jest zbyt wolny przyrost liczby miejsc parkingowych do szybko zwiększającej się liczby samochodów. W moim przypadku w grę wchodziło tylko zostawienie samochodu na wąskiej uliczce „osiedlowej”, gdzie o miejsce było naprawdę trudno ale przynajmniej panował na niej spokój, ewentualnie na głównej alei, gdzie do parkowania przewidziano dużą część prawego pasa. Niestety, wielu kierowców wykorzystywało również prawy pas do wyprzedzania, jakkolwiek brzmi to dziwnie.

img822

Cały dowcip polegał na tym, żeby się „zmieścić” na tym nie zastawionym zaparkowanymi samochodami odcinku. Jest ryzyko, jest zabawa. I tylko kwestią czasu było, żeby się komuś ta sztuczka nie udała. W pewnym okresie naprawdę uważałem, że mam za bujną wyobraźnię.

Właśnie wróciłem z roboty. Uliczka „osiedlowa” zastawiona samochodami do niemożliwości. Aleja wcale nie wyglądała lepiej. W końcu, po dobrym kwadransie kręcenia się w kółko, udaje mi się znaleźć na niej odrobinę wolnego miejsca. Samochód stoi, nie ma co narzekać. Na wszelki wypadek składam jeszcze lusterko, żeby jakiś ścigant go nie urwał. Strzeżonego – wiadomo.

img823

Pozostaje jeszcze wyrzucić śmieci, kolacja i spać. W kontenerze na śmieci, czyli tak zwanym „garbeciu” (nazwę „ponglisz” dla takich spolszczeń wymyślono później), dostrzegłem niesamowicie tłustego szczura. Dziwić mnie to specjalnie nie powinno, bo kraje rozwinięte a USA w szczególności, marnują niesamowite ilości jedzenia. Zwierzę to tak się spasło na tych odpadkach, że nie było w stanie wydostać się ze śmietnika, mimo że dla normalnego szczura nie byłoby to żadnym problemem.

Przez chwilę mam ochotę go tak zostawić. Jednak po chwili zwycięża litość. W końcu to jednak żywe stworzenie i wypadałoby jednak mu pomóc. Z połamanego kawałka karnisza leżącego opodal robię zwierzęciu pomost, po którym może się wydostać z kontenera. Szczur, chociaż z pewnymi problemami wynikającymi wprost z jego nadwagi, wspina się po karniszu po czym ucieka w podskokach między śmietniki, przy okazji przydeptując sobie opasły brzuch. Kto wie, może gdzieś tam, w szczurzym niebie ten drobny uczynek będzie mi policzony?

W nocy budzi mnie łomot. Zresztą, nie tylko mnie. Okazało się, że nie mam wcale zbyt bujnej wyobraźni i to, czego się obawiałem właśnie stało się faktem. Jednak ktoś się nie zmieścił podczas wyprzedzania i skasował w sumie 11 samochodów. W tym także mojego Nissana. Na tyle skutecznie, że nie opłacało się go już naprawiać. Sprawca zaś okazał się być gościem w stanie wielokrotnie wskazującym, bez ubezpieczenia i na dodatek niewypłacalnym. Tym sposobem znów zostałem bez samochodu.

A pieniądze odłożone na motocykl trzeba było przeznaczyć na zakup kolejnego auta. Ponieważ zostało mi kilka miesięcy ważności wizy, postanowiłem że teraz nabędę jakiś „prawdziwy” amerykański wóz. Taki ze starych, dobrych czasów. Koniecznie widlastą ósemką. Dlatego też codziennie, wracając z roboty, lustrowałem wszelkie graty stojące przy ulicy z wymalowanym na tylnej szybie pastą do zębów napisem „FOR SALE” oraz ceną. U nas wieszało się kartkę na szybie, w USA maluje ogłoszenie pastą do zębów. Co kraj, to obyczaj.

img686

Gratów było sporo ale przez kilka dni nie natrafiłem na nic ciekawego. W końcu z pomocą przyszedł znów przypadek. Skracając sobie drogę do domu przez plac salonu dealerskiego Dodge zostałem „złapany” przez jednego z pracowników. To taka tamtejsza praktyka – nie masz klienta to sobie na niego zapoluj. A ja specjalnie nie oponowałem, bo taka niezobowiązująca rozmowa z dealerem odbywa się przy kawie. A tego napoju nigdy sobie nie odmawiam. Przy okazji chłopak się wykaże i a nuż coś mi znajdzie?

img712

I gdy tak sobie rozmawialiśmy nagle, za oknem widzę TO. Zapięte na lawecie. Wypłowiały, biało – czerwony Dodge Charger.

– Tego chcę – mówię

Dealer się zdziwił, ale tylko na chwilę. Bo instynkt handlarza zaraz wziął w nim górę. Poszliśmy obejrzeć to „cudo”.

Auto było wspaniałe. Spłowiałe, z tapicerką poklejoną taśmą klejącą. Europa trzyma się na trytytkach, Ameryka nie może się obejść bez Power Tape. Zawsze to jakiś punkt do zbicia ceny, bo pomny rad kolegów zamierzam się targować. Do tej pory mam w głowie ich dobre rady:

„ – Jeśli powie że chce za grata na przykład 1500 dolców to powiedz mu: Stasiek, daję 1000!

–  Dlaczego mam do niego mówić Stasiek?

– Bo w tej dzielnicy co drugi to Stasiek!”

Dealer jednak nie miał na imię Stasiek. Widocznie był to ten drugi. Coś niecoś udało mi się zejść z ceny, chociaż nie tyle ile sugerowali koledzy. Ale większość takich opowieści o tym, co kto i za ile kupił, jest jednak zwykle przesadzona. Na odchodnym dealer zalecił mi zrobić przegląd mojego nowego nabytku wręczając mi wizytówkę zaprzyjaźnionego warsztatu.

Mieścił się on niedaleko. Nietrudno było zresztą tam trafić. Za metalową siatką oddzielającą teren warsztatu od ulicy widniał murek wykonany ze starych skrzyń biegów. Właściciel przybytku miał bowiem renomę najlepszego specjalisty od skrzyń biegów w okolicy.

Wjechałem na teren warsztatu i nieśmiało wszedłem do budynku. Wewnątrz wszystko czarne od oleju, pełno metalowych stołów na kółkach z narzędziami, na pierwszy rzut oka poukładanymi bez ładu i składu. Później okazało się, że są one poukładane „zadaniowo”. Na każdym stole narzędzia dobrane są pod konkretną robotę. To też metoda. Na ścianach, obowiązkowo dla dobrych warsztatów, wiszą plakaty z gołymi babami. Czyli że dobrze trafiłem.

Okazuje się że przyjechałem w dobrym momencie, bo warsztat akurat był wolny. Dodge wobec tego wjeżdża od razu na halę a ja mam okazję posłuchać, jak on pięknie dudni. Mechanik otwiera maskę, patrzy się przez chwilę po czym wybiera jeden ze stolików z narzędziami. Teraz ma pod ręką wszystkie, jakich potrzebuje. Pracuje w milczeniu.

„ – Can You tell me… – pytam nieśmiało.

– Jestem Bob – przerywa mi, przechodząc od razu na ty.

– Bob, czy to jest dobry samochód?

– Co masz na myśli?

– Chciałbym poczuć Amerykę

– To dobry wóz.”

img818

Kilka godzin później jadę na zachód. Ostatnie zabudowania Chicago pozostały daleko w tyle. Dodge majestatycznie sunie po Stanowej 66 a ja mam wrażenie, że silnik gra jeszcze piękniej.

img20200425_20070651

Amerykański sen – na Harleyu na Highwayu

img20200727_17174050

Wraz z wiosną obudzili się amerykańscy motocykliści. Oczywiście mogłem sobie tylko popatrzeć na ich maszyny, bo swojego motocykla przecież nie miałem. Zaopatrzyłem się co prawda w samochód, bo w USA życie zaplanowane jest całkowicie pod auto i funkcjonować bez niego na dłuższą metę jest trudno. Był to odkupiony od znajomego z pracy kilkunastoletni Nissan Maxima. Samochód bardzo w porządku ale zasadniczo nic poza tym. Taki wybór z rozsądku. Ale jednak swoje kosztował i na jakiś czas przynajmniej trzeba było odłożyć inne plany na bok. Głód jednośladów jednak pozostał.

Pewnego dnia mój najlepszy kumpel z pracy poprosił mnie o pomoc w uprzątnięciu jakichś gratów ze swojej komórki. Mieszkał na przedmieściach w kamienicy i na podwórzu miał swój boks w czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało nasze osiedlowe śmietniki. Były to w rzeczywistości komórki na różne rupiecie dla mieszkańców, bowiem kamienica nie posiadała piwnicy. Albo inaczej – piwnicę posiadała, tylko przerobioną na mieszkania.

Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że wśród rupieci mój znajomy trzyma w tej komórce także motocykl. Stał przykryty zakurzonym płótnem. Widać było już na pierwszy rzut oka że jest duży.

Była to dość mocno zaniedbana Hydra Glide z 1986 roku w kolorze budyniowym, dokładnie takim jak niemieckie taksówki. To malowanie nie wzbudzało jakoś zaufania, podobnie jak obicia lakieru i wyłażąca spod nich wesoło rdza i ogólny stan zapuszczenia. Gdy zapytałem kumpla dlaczego na nim nie jeździ, ten wzruszył tylko ramionami i powiedział coś, co miało oznaczać „że już mu przeszło”, po czym uznał rozmowę za skończoną.

Ja jednak wiedziałem już, że nie zostawię tak tego tematu. Metodą ciągłego nagabywania (tak zwana „chińska tortura”) udało mi się dowiedzieć, że motocykl zasadniczo jest na chodzie, chociaż nie udało mi się dociec, co to określenie miało oznaczać. W końcu, po tygodniu nalegań, udało mi się namówić kolegę na wspólną przejażdżkę. W umówiony weekend wyciągnęliśmy motocykl z boksu, odkurzyliśmy, pogoniliśmy pająki, uzupełniliśmy płyny i powietrze w kołach po czym, po wstawieniu akumulatora spróbowaliśmy wreszcie uruchomić tego mastodonta. Szło opornie, przy czym okazało się, że jego odpalanie jest jednak czynnością mającą duży związek ze sztuką. W końcu maszyna zagadała. Kumpel podał mi w związku z tym jakąś starą skórzaną kurtkę, kask i rękawice i powiedział, że jak mi się znudzi, to żebym odstawił motocykl z powrotem do boksu.

Po czym pożegnał się po amerykańsku. Znaczy odwrócił się i sobie poszedł, zostawiając mnie samego z pracującym motocyklem. W pierwszej chwili ogarnęła mnie panika. No bo jak to, z nieswoim motocyklem. Inna rzecz, że nigdy do tej pory nie prowadziłem tak dużego motocykla!

Ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Ciekawość zwycięża. Bo skoro potrafi to poprowadzić nawet redneck, to ja chyba też powinienem dać sobie radę. Podwórze kamienicy było dość duże, dalej mamy szeroki chodnik a następnie drogę osiedlową, na której ruch jest znikomy, bowiem służy ona zasadniczo tylko do parkowania. Dobra nasza. Jest gdzie popróbować zanim wyjadę (ewentualnie) na prawdziwą drogę.

Po kilkunastu próbach ruszania, hamowani i skręcania uznałem, że wczułem się już wystarczająco dobrze w motocykl, aby spróbować wyjechać nim na główną aleję. Pierwszy zakręt mocno za szeroko, będąc kompletnie nie wczutym w gabaryty maszyny. Motocykl trzęsie się, wibruje, dudni – a ja jadę po Belmond Avenue. Uczucie niesamowite. Pozwalam sobie nawet na nieco „swobodniejszą” jazdę.

img685

W pewnej chwili, w trzęsących się od wibracji lusterkach dostrzegłem jadący za mną radiowóz. Żaden Amerykanin wprost się do tego nie przyzna, ale USA to jednak państwo mocno policyjne i spotkania ze stróżami prawa zwykle nie należą do przygód pożądanych ani przyjemnych. Czyli zupełnie odwrotnie jak w filmach z Hollywood. Policjant najłatwiej przyczepić się może do przekroczenia prędkości. Tak jest zresztą wszędzie na świecie. Na tym odcinku limit prędkości wynosił 20mil. Z nauk kolegów wiedziałem, że niepisaną zasadą jest, że policjant nie reaguje na przekroczenie prędkości, jeśli nie jest większe niż pięć mil. Szybko zerknąłem więc na prędkościomierz, umieszczony w „nienaturalnym” dla mnie miejscu i po raz drugi poczułem, że jeżą mi się włosy na głowie.

Okazało się, że licznik nie działał! Tak po prostu. To ile jechałem? Jak szybko aktualnie się poruszam? Może za szybko i policjant tylko szuka miejsca aby mnie zatrzymać? A może wręcz przeciwnie, dużo poniżej limitu i to również przecież może wydawać się podejrzane. Zacząłem rozumieć, co oznaczało określenie, że motocykl „zasadniczo” jeździ.

img20200428_18190853

Postanowiłem na najbliższych światłach skręcić w prawo. Może uda się „zgubić” ten przeklęty radiowóz. A jeśli jednak pojedzie za mną, to przynajmniej będzie wiadomo, że czegoś chce. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Nie wiedziałem jeszcze, że Harley nie powiedział dziś ostatniego słowa. Na najbliższych światłach dałem kierunkowskaz w prawo. Na razie świeci się czerwone światło, motocykl dygocze i trzęsie. W pewnej chwili z przerażeniem dostrzegam, jak od mojego motocykla odpada, niczym w zwolnionym filmie, lewe lusterko. O losie słodki… Za mną oczywiście stoi radiowóz i nie wiem, czy przypadkiem nie chce czegoś ode mnie a motocykl, jak gdyby nigdy nic, gubi sobie części…

Zbieram lusterko z jezdni. Całe szczęście że zdążyłem przed zmianą świateł. Radiowóz oczywiście skręca w prawo i jedzie za mną. Kilkaset metrów dalej dostrzegam stację benzynową i postanawiam zatrzymać się na niej. Co ma być to będzie.

Niemal w pełnym pędzie wpadam na stację. Motocykl podskakuje na podjeździe. Radiowóz najspokojniej w świecie przejeżdża sobie obok. W oknie widzę tylko roześmianą twarz policjanta. Miał widać ubaw moim kosztem. Ale ja już miałem dosyć wrażeń jak na jeden dzień.

Mimo wszystko tego Harleya pożyczyłem jeszcze kilka razy, aż w końcu kolega zaproponował mi jego odkupienie. Cena była okazyjna i wszystko zmierzało do zrealizowania transakcji. Jednak pewien przypadek, a w zasadzie wypadek spowodował, że do niej jednak nie doszło.

Cóż, życie lubi pisać własne scenariusze.

img20200425_20070651

Amerykański sen – rozmyślania na wysokościach

img20200727_17174050

Któregoś dnia znajomy z pracy zapytał mnie, czy byłem już na Sears Tower Skydeck, czyli najwyższym punkcie widokowym w mieście, skąd rozciąga się wspaniała panorama Chicago a ponoć można nawet dostrzec sąsiednie stany. Tu nie wiem, czy mnie trochę nie wkręcał. Faktem jest jednak, że Sears Tower góruje nad Chicago i takich widoków nie zobaczy się nigdzie indziej. Widziałem gdzieś nawet wielką reklamę tej atrakcji.

img848

Jak to zwykle w życiu, zawsze ma człowiek coś „ważniejszego” do roboty. Jednak w końcu zebrałem się w sobie i postanowiłem pojechać do dzielnicy drapaczy chmur aby w końcu zobaczyć miasto z góry. Pojechałem rzecz jasna autobusem, bowiem samochodu wówczas jeszcze nie posiadałem. Zresztą, ceny parkingów w Downtown mogą zabić, więc tak czy owak to najlepszy z możliwych środków lokomocji.

img663

Najwyższy budynek w Chicago zlokalizować nie jest specjalną trudnością. Dużo ciężej było dostać się do środka. Z powodu wojny i zagrożenia terrorystycznego trzeba było przechodzić przez bramki jak na lotnisku. Prześwietlenie bagażu, rewizja osobista – pamięć o jedenastym września była ciągle żywa.

img683

Na górę dostać można się za pomocą wind. Największym zaskoczeniem było jednak spotkanie w owej windzie pary Amiszów. W swoich tradycyjnych ubraniach, ona w czepku a on z brodą i w kapeluszu wyglądali w ultranowoczesnej windzie jak zagubieni w czasie. Zawsze myślałem że stronią oni od wszelkich nowinek technicznych a tu proszę – jadą sobie elegancko windą na jeden z najwyższych drapaczy chmur podziwiać panoramę Chicago. Sielanka nie trwała jednak długo. Na jednym z dużych ekranów wmontowanych w ścianę windy można było zobaczyć film rysunkowy opowiadający o Sears Tower. Kobieta wpatrywała się w ten ekran jak zauroczone dziecko – nietrudno było odgadnąć, że rzadko – jeśli w ogóle – ma okazję oglądać telewizję. Towarzyszący jej mężczyzna błyskawicznie złapał ją za rękę i zgromił wzrokiem tak, że pochyliła głowę i wbiła wzrok w podłogę. Tak stała już do końca podróży. Potem zgubiłem ich gdzieś podczas przesiadki i więcej już nie spotkałem. Podejrzewam, że zrezygnowali jednak z obejrzenia panoramy Chicago, bo na Skydeck ich już nie widziałem. A powinienem.

img20200428_18200615

Panorama Chicago była rzeczywiście imponująca.

img643

img646

img654

Jednak cały czas zaprzątała mi głowę scena w windzie i rozmyślania o granicach wolności człowieka. Bo z jednej strony każdemu wolno żyć, jak mu się podoba. Jak do tej pory wszystko jest w porządku. Jednak czy ci napotkani w windzie Amisze są tak naprawdę wolni? Czy ta dziewczyna może tak powiedzieć? Teoretycznie tak. Jednak jej wybór to tak naprawdę brak wyboru. Urodziła się w rodzinie Amiszów, którzy uparli się aby żyć jak w XVII wieku. Pewnie już nawet nikt nie pamięta ani nie rozumie po co i dlaczego. Ale wychowali i wyedukowali córkę tak, jakby ciągle był wiek XVII. Przez to jest ona całkowicie niezdolna do życia poza ich wspólnotą. Gdyby miała okazję rzeczywiście poznać życie u progu XXI wieku i wówczas dokonać wyboru, wszystko byłoby w porządku. A tak, wychodzi na to, że jednak rację miał Orwell, pisząc:

„wolność to niewola”.

Amerykański sen – wojna i pokój

img20200727_17174050

Wojna w Zatoce Perskiej trwała w tym czasie w najlepsze. Zajęty pracą starałem się o tym nie myśleć, jednak wiadomości telewizyjne nie dawały o niej zapomnieć, relacjonując jej przebieg „live”. Używano do tego ówczesnej nowości, czyli kamer internetowych, przy czym powolność łączy powodowała, że dziennikarze poruszali się na ekranie telewizora niczym muchy w miodzie.

img20200428_18183530

Opinia publiczna, jak to zwykle, podzieliła się na dwa skrajne obozy. Zwolenników interwencji, których chyba była jednak mniejszość. Albo nie mieli po prostu powodów do manifestacji, bo w sumie sprawy szły po ich myśli. Zbrojna interwencja była przecież faktem.

img679

Przeciwnicy z kolei organizowali ogromne, barwne demonstracje, w obstawę których zaangażowane były ogromne siły policyjne.

img806

img788

img791

img786

img795

Po wszystkim uczestnicy marszów robili sobie pamiątkowe zdjęcia po czym rozchodzili się do domów. I tyle.

A wojna trwała w najlepsze.

Było to obrazowe wyjaśnienie powiedzenia mówiącego, że demokracja to najgorszy z możliwych ustrojów ale lepszego jednak nie wynaleziono. Bo działa, ale tylko w momencie wyborów.

img20200425_20070651

Amerykański sen – historia jednego dolara

img20200727_17174050

W życiu jakoś zwykle tak jest, że nie może być za łatwo. O ile z adresem żadnego problemu nie było, o tyle okazało się, że ze znalezieniem pracy w czasie wojny wcale nie jest tak prosto. Niestety, to co zwykle mawiał Ferdek Kiepski mówiąc, że „ w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” nie jest żartem tylko gorzką prawdą. A dorosły stajesz się z chwilą, gdy przestaje cię to śmieszyć. W USA było podobnie, tylko do tego wszystkiego doszedł problem nieznajomości realiów i ludzi. Wykorzystując nieliczne możliwości próbowałem się dowiedzieć czegoś to tu, to tam. Niestety, bez rezultatu. Gość od którego wynajmowałem lokum też miał z problemy z pracą. To znaczy zasadniczo ciągle ją miał, jednak było jej niewiele. W rezultacie jeździł do roboty co drugi albo trzeci dzień. A ponieważ po opłaceniu czynszu mój zasób gotówki uległ dramatycznemu uszczupleniu, sytuacja stała się naprawdę niewesoła.

Nie mając nic innego do roboty postanowiłem wybrać się na plażę.

img692

Jezioro Michigan wygląda na pierwszy rzut oka jak morze. Szumi, faluje – tylko nie chce być słone. Od mojego domu do jeziora było jakieś 15 mil. Rzut beretem.

img693

Włócząc się bez celu po pustej o tej porze roku Montrose Beach znalazłem na piasku pomięty banknot jednodolarowy. W pierwszej chwili myślałem że to jakaś ulotka reklamowa. Ale nie. Najprawdziwszy jeden dolar. Może to na szczęście? A więc prawdę mówili, że w Ameryce pieniądze leżą na ulicach. Na plażach widać też. Jakby to były studolarówki albo chociaż pięćdziesiątki to bym się nie martwił. Niestety, ten jeden dolar w niczym mnie nie ratował.

img716

Wracając powoli w kierunku miasta, w parku natrafiłem na znajomą fontannę. To znaczy widywałem ją w telewizji. To na pewno ona. Buckingham Fountain, znana dobrze wszystkim z czołówki serialu „Świat według Bundych”. Do tej pory nawet nie miałem pojęcia, że filmowa rodzinka mieszkała właśnie w Chicago. Co za zbieg okoliczności.

img719

Usiadłem na ławce przy fontannie bijąc się ze swoimi niewesołymi w tym momencie myślami. O swojej nieciekawej sytuacji i o Alu Bundym. Tym gościu, który – nie wiedzieć zupełnie czemu, stał się synonimem życiowego przegrywa. Bo gdy się tak nad tym wszystkim dobrze zastanowić – facet tak naprawdę odniósł w życiu sukces. Ma rodzinę, duży dom, pracę z której może to wszystko utrzymać i na dodatek dobrą paczkę kumpli, którzy zawsze chętnie wpadają do niego na piwo do klubu w piwnicy. Myślę że prawie wszyscy ludzie na tej planecie chcieliby być tak „przegrani” jak on. Ok, Bundy’s byli w stosunku do siebie chamscy i niemili, to fakt. Ale to w zasadzie sprawa najprostsza do zmiany. Wystarczy tylko chcieć.

Gdy tak siedziałem zajęty swoimi myślami, niepostrzeżenie podszedł do mnie młody chłopak. Mniej więcej w moim wieku. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest bezdomny. Nie mam pojęcia, jakie koleje losu rzuciły go na ulicę, ale na jego widok zrobiło mi się chłodno. Czy taki los mnie czeka? Dużo w sumie już nie brakuje. Chłopak prosi o dolara. Niewiele myśląc, dałem mu znaleziony chwilę wcześniej na plaży banknot. Nie znam się na przesądach więc nie wiedziałem, czy znaleziony pieniądz należy zachować czy też wręcz przeciwnie – pozbyć się jak najszybciej. Wobec tego, wybrałem drugą opcję.

img20200425_20045652

Nieznajomy pyta, skąd pochodzę. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą:

– I come from Poland.

Facet pomyślał chwilę po czym powiedział niepewnie:

– Holland?

A niech będzie! Yes, from Holland. Bo w sumie, co za różnica? Nie pierwszy i nie ostatni raz podczas tej przygody dane mi będzie przekonać się, że większość ludzi na świecie nie tylko nie wie, gdzie leży Polska ale nawet nie ma pojęcia o jej istnieniu. Taki pstryczek w nos, żeby nie zapomnieć o swoim miejscu w szeregu.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Do domu wracałem z myślą, że może na ulicy będę miał w razie czego jakiegoś kumpla. Funkcjonuje coś takiego w tym środowisku?

Los jednak okazał się dla mnie łaskawy i oszczędził mi tego typu próby. W domu czekały na mnie dobre wiadomości. Znajomy od gościa od którego wynajmowałem lokum pracował w dużym hipermarkecie. Ktoś z jego teamu zachorował i potrzebowali pilnie osoby na zastępstwo. Na tydzień, może dwa. Takiej okazji nie można było przegapiać.

Pierwszy dzień to było szkolenie. W pierwszej chwili myślałem sobie, że mój nowy przełożony robi sobie ze mnie jaja ucząc mnie tak prozaicznych czynności. Jednak po chwili zastanowienia uznałem, że tak ma być a to należy do jego obowiązków. Tak też było. Drugiego dnia pracowałem już sam, jednak pod nadzorem. Na trzeci dzień szef puścił mnie samopas, chociaż czułem że mnie obserwuje. Pod koniec zmiany podszedł do mnie i zapytał, czy nie chciałbym czasem dołączyć do teamu. Jednak los się w końcu do mnie uśmiechnął.

img20200425_20070651

Amerykański sen – taksówka

img20200727_17174050

Hala przylotów lotniska jest niemal kompletnie pusta. Gdzie się podziali wszyscy podróżni? Nie mam pojęcia. Oczywiście, po pasażerach mojego lotu nie ma nawet śladu. Pewnie wszyscy siedzą już dawno w domach, u rodziny czy znajomych. Ile czasu spędziłem na dołku? Pewnie kilkanaście godzin. Która teraz może być godzina? Przez to wszystko oraz dodatkową zmianę czasu straciłem kompletnie orientację.

W końcu wychodzę przed budynek. Masz ci los. Jest postój taksówek ale nie ma na nim nawet jednego pojazdu. Co teraz? Okazuje się, że niepotrzebnie martwię się na zapas. Postój jest dozorowany i obsługa tłumaczy mi, że ze względu na trwającą od niedawna wojnę oraz związane z tym zagrożenie terrorystyczne samochody nie mogą tu stać ale zaraz wezwą dla mnie taksówkę. Od pamiętnego jedenastego września nie upłynęło wiele czasu.

img20200425_20054474

Rzeczywiście, chwilę później podjeżdża żółta Victora Crown. Kierowca wysiada, chcąc pomóc mi załadować torbę do bagażnika… W zasadzie spodziewać mogłem się wszystkiego, ale nie tego. Kierowca jest bowiem Arabem i wygląda tak, jakby mieszkał na co dzień w Kuwejcie a nie USA. Normalnie stanąłbym jak wryty i zaczął się rozglądać, czy aby na pewno wylądowałem we właściwym kraju. Ale byłem już tak zmęczony i było mi tak wszystko jedno, że nie zwróciłem na ten szczegół większej uwagi.

Ruszamy. Po chwili gość otwiera okienko w przegrodzie oddzielającej przedział kierowcy od pasażerów i pyta, dokąd ma jechać.

img629

A właśnie. Zapomniałem o tym. Wyjmuję z kieszeni karteczkę z adresem, otrzymaną jeszcze w Warszawie i podaję kierowcy. Ten patrzy chwilę na adres a z jego wyrazu twarzy można wyczytać, że się mocno zastanawia. Jest do dosyć niepokojące.

– Wiesz gdzie to jest? – pytam nieśmiało

– Nie – odpowiada ze stoickim spokojem kierowca

– I co teraz?

– Spokojnie, damy radę – śmieje się jak z dobrego żartu.

Lody przełamane. Jedziemy chwilę w milczeniu. Patrzę przez okno podziwiając okolicę. Po chwili kierowca znów się odzywa.

– Na długo przyjechałeś?

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą. Niby wizę mam roczną ale czy zostanę do końca jej ważności? Któż to może wiedzieć.

– Co będziesz robił?

– Tego też nie wiem.

Taksówkarz kiwa głową. Mam takie wrażenie, że to oznacza zrozumienie. Być może sam przyjechał tu kiedyś w poszukiwaniu szczęścia i tak samo nie miał pojęcia, co go tu spotka. W końcu wylądował na taryfie. Dobrze to czy źle? Nie wiem.

img625

Niestety, trafiamy na popołudniowy szczyt. Ruch uliczny gęstnieje z minuty na minutę. W końcu stoimy. Korek. Mijają minuty a samochody praktycznie nie ruszają z miejsca. W pewnej chwili kierowca mówi:

– Dasz mi teraz 30 dolarów i wyłączę taksometr. Tak będzie lepiej dla ciebie. Widzisz jak wygląda o tej porze ruch na mieście.

Patrzę na taksometr. Licznik pokazuje w tej chwili 18 dolarów. Nie mam pojęcia jak daleko jeszcze. To co? Wóz albo przewóz. Ludziom trzeba wierzyć. Odliczam 30 zielonych i podaję kierowcy. Ten, zgodnie z umową wyłącza taksometr. Ale podgląd pozostawia.

img824

Samochód wytacza się na przedmieścia. Teraz dociera do mnie, że kierowca nie rozmawia wcale o polityce, wojnie –chociaż pewnie mógłby mieć dużo na ten temat do powiedzenia. Radio też ma wyłączone. W końcu stajemy.

– Jesteśmy na miejscu – mówi kierowca.

Patrzę na taksometr – licznik nabił 42 dolary. Teraz rozumiem, że dostałem od kierowcy 12 dolarów w prezencie. Dlaczego to zrobił?

– Good luck! – rzuca na odchodnym i odjeżdża.

Zostaję sam na ulicy. Alone in Chicago.

img20200425_20070651

Amerykański sen – z deszczu pod rynnę

img20200727_17174050

Przygotowania do wyjazdu trwają pełną parą. Pozbywam się wszystkiego, co zbędne. Nie ma tego zbyt wiele. Niby wiza jest tylko na rok, ale kto wie co będzie dalej. W efekcie na mój bagaż składają się plecak z aparatem fotograficznym, torba podróżna z ciuchami oraz kilka książek. W portfelu mam 1100 dolarów. To cały mój majątek.

W międzyczasie sytuacja na świecie zaczyna się komplikować. Wojna w Zatoce Perskiej wisi na włosku i ogólnie na tej planecie zaczyna robić się nieciekawie. Ale nie mam czasu nad tym zastanawiać. Jest jeszcze tyle spraw do załatwienia a czas płynie nieubłaganie.

Wreszcie nadchodzi Ten Dzień. Jadę na lotnisko. Taksówkarz o niczym innym nie mówi, jak o możliwej wojnie w Iraku. Tak samo spiker w radiu. Zastanawiam się, czy robi tak specjalnie czy też tylko nie myśli nad tym co mówi.

Odprawa przebiega szybko i sprawnie. W samolocie główny temat to oczywiście znowu ewentualna wojna w Zatoce. Nie mam ochoty tego słuchać, ale się nie da. W końcu, dwie godziny przed planowanym lądowaniem – jeb. Wykrakali. Wojna w Zatoce się zaczęła. To naprawdę nie są dobre wieści.

img849

Z tłumu podróżnych na lotnisku niemal od razu wyłuskuje mnie urzędniczka imigracyjna.

– To wszystkie twoje bagaże? – pyta.

– Tak – odpowiadam.

– Chodź ze mną.

Bez słowa wyjaśnienia. Torba i plecak zostają mi odebrane a ja sam ląduję na dołku. Pomieszczenie ma białe ściany z wielkimi oknami zasłoniętymi żaluzjami. Na środku znajdują się przyśrubowane do podłogi dwa rzędy metalowych ławek bez oparcia. Siadam na jednej z nich. Nie jestem tu sam, jednak nikt nie zaczyna rozmowy. Każdy siedzi osobno, z dala od innych z własnymi problemami. Od czasu do czasu żaluzje na moment rozchylają się. Pewnie żebyśmy wiedzieli, że jesteśmy obserwowani. Co jakiś czas strażnicy kogoś wprowadzają albo wywołują. Ja ciągle siedzę. Tak mijają godziny a we mnie narasta złość. Osoby które przyszły tu po mnie już dawno stąd zabrano a ja ciągle tu tkwię. Złość jednak szybko mi mija gdy strażnicy wprowadzają faceta skutego tak, że może iść tylko w kucki. W zasadzie to oni go wnoszą. Sadzają go na ławce obok, przykuwają do niej dodatkowo kajdanami i tak zostawiają. Wygląda na to że tu naprawdę nie ma żartów. Cóż, pozostaje czekać nie wiadomo na co. Podobno jak już się wpadło po uszy to lepiej jest siedzieć cicho. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zupełnie nie mam pojęcia w co i dlaczego wpadłem.

W końcu wywołują i mnie. Ta sama urzędniczka która wyłuskała mnie z tłumu robi mi teraz przesłuchanie, czepiając się dosłownie każdego mojego słowa. W pewnym momencie mam jej dość i ogłaszam strajk. Już wiem, że do tej Ameryki mnie nie wpuszczą, więc nie będę sobie przedłużał stresu i upokorzeń. Wobec tego ogłaszam urzędniczce, że od tej chwili nie mówię już więcej po angielsku. To ją wybija z roli. W końcu woła tłumacza. A ja mam taką cichą nadzieję, że gdy już tłumacz się pojawi, to rozmowa zacznie przebiegać w spokojniejszym tonie.

W końcu pojawia się tłumacz. Niewysoki, łysiejący facet w garniturze. Teraz on mnie przesłuchuje, dając urzędnicze znak, żeby się nie wtrącała. Czyli że jest nie tylko tłumaczem ale także jej przełożonym.

Na stole leżą moje dokumenty, zarówno paszport jak i koperta z zaświadczeniami z uczelni.

– Opowiedz mi coś o tym – wskazuje na papiery.

Opowiadam więc o tym że studiuję, że jestem w trakcie doktoratu, o urlopie na uczelni i wakacjach które chciałem spędzić w USA podszkalając przy okazji swój angielski. Facet kiwa głową. Nie wiem, co to oznacza. Czy chce pokazać że mnie rozumie czy też że taką bajkę też już słyszał i że wcale go to nie przekonuje. W końcu pyta:

– Czemu masz tak mało bagażu?

A to o to wam chodzi! Odpowiadam, że jestem studentem biologii przyzwyczajonym do życia w akademiku oraz do wyjazdów w teren, więc nauczyłem się obywać bez wielu rzeczy. Zresztą, w sytuacji gdy będę coś potrzebował to zawsze mogę sobie coś dokupić na miejscu. Mam przecież pieniądze. To mówiąc pokazuję mu swój portfel.

Widać zadziałało. Gość daje znak urzędniczce. Ta po chwili przywozi moje bagaże na wózku.

img20200425_20052969

Rzeczywiście, wglądają śmiesznie skromnie.

– Co teraz? – pytam

– Możesz iść – odpowiada urzędnik

img610

– witamy w Ameryce.

img20200425_20070651