O książce „126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata”

img20220722_11450135s

Na początku było radio. A w radiu było słowo. Jak to w radiu. A owo słowo codziennie rano dobiegało z innego miejsca na tej planecie. A było tak, bowiem dwóch redaktorów „Trójki” postanowiło wyruszyć w motocyklową podróż dookoła świata i z tej podróży na żywo (bardziej lub mniej) zdawać relację słuchaczom.

Był rok 2009. Pokryzysowy, ciężki. Niby nie było już tak źle, jak jeszcze rok czy dwa lata wcześniej. Czasy beznadziejnego bezrobocia minęły, bezpłacie jednak pozostało. Do pracy chodziło się chyba dla idei, bo przecież nie po pieniądze. Jakie znowu pieniądze? Motocykl niby miałem, posocjalistycznego gruza, który nawet o dziwo jeździł. Zatankowanie go do pełna dwa razy w miesiącu to był jednak spory wydatek w domowym budżecie. Jakoś w tym czasie poszliśmy z kumplem do nowo otwartego salonu motocyklowego. Weszliśmy, westchnęliśmy i wyszliśmy. Więcej już tam nie byliśmy, aby oszczędzić sobie westchnień.

W takich to właśnie ciekawych czasach w radiowej „Trójce” pojawił się cykl reportaży z podróży dookoła świata. Czy może bardziej, cytując Papcia Chmiela: „do ćwierć koła świata”, z racji tego, że to kółko było raczej mało okrągłe i połowa kontynentów została pominięta. Ale nie chodzi tu o czepianie się. Ważne było to, że będąc w pracy można było sobie posłuchać relacji z podróży Tomka Gorazdowskiego i Michała Gąsiorowskiego, znanych wówczas dziennikarzy Programu Trzeciego. To był jeden z niewielu plusów mojej ówczesnej roboty.

A mieli o czym mówić. O samej podróży i perypetiach z nią związanych, czasem tak bardzo prozaicznych, że myślałem wówczas, że się nabijają ze słuchaczy. O napotkanych miejscach oraz osobach, ze szczególnym uwzględnieniem Polonii, którą los rozrzucił po całym świecie. O problemach granicznych i celnych i całej masie innych spraw. Człowiek siedział, słuchał i zastanawiał się, jakby to było… Bo jak na razie to na własnym jednośladzie daleko jednak nie pojechał… Była w tym pewna nuta zazdrości, ale taka bardziej pozytywna i motywująca. Bo jednak komuś się to udaje. Fakt, że nie mam nawet pół procenta takich możliwości jak redaktorzy Polskiego Radia, ale jednak…

Podróż się skończyła (happy endem), audycja dobiegła końca. Rok później ukazała się niniejsza książka, na którą się niestety wówczas nie załapałem, bo aby ją nabyć musiałem czekać do wypłaty. Księgarnia tymczasem czekać nie chciała.

W sumie dobrze się stało. W zeszłym roku natknąłem się na nią przypadkowo w jednym z Gdyńskich antykwariatów i zakupiłem bez wahania. Pomimo tego, że w jednej z internetowych recenzji napisano o niej, że jest „komercyjna”, przy czym autor nie napisał, co dokładnie ma na myśli. Oczywiście, nikt nie ukrywa nawet przez sekundę, że jest to książkowa wersja radiowej relacji, transmitowanej zresztą na cały świat, więc nie bardzo rozumiem zdziwienie.

IMG_2766

Książka zawiera oczywiście o wiele więcej informacji, niż można było usłyszeć w krótkich radiowych relacjach. Przede wszystkim można dowiedzieć się, jak w ogóle doszło do tej wariackiej podróży. Dlaczego wariackiej? Ponieważ Tomasz Gorazdowski i Michał Gąsiorowski wybrali się na nią, dysponując dokładnie zerowym doświadczeniem motocyklowym. Do tego stopnia, że gdy Yamaha, będąca jednym z głównych sponsorów, przekazywała im motocykle, nie mieli nawet prawa jazdy kategorii A. Swoją drogą, bardzo ciekawi mnie reakcja Pani prezes firmy Yamaha Motor Poland, gdy przeczytała tą książkę (a nie wątpię, że to zrobiła) i dowiedziała się, jak Tomek Gorazdowski jej naściemniał o swoim „wielkim doświadczeniu motocyklowym”. Pewne rzeczy pewnie zresztą wyszły na jaw już w dniu odbioru motocykli, kiedy okazało się, że „obieżyświaty” mają problem z postawieniem maszyn na podstawie centralnej. Podobno było wesoło do tego stopnia, że w warsztatach Yamahy poszły zakłady o to, po ilu kilometrach skończy się ta zabawa.

Mimo wszystko wyprawa przecież jednak doszła do skutku i to pomimo początkowego koncertu gleb i paciaków, co jest oczywiste, gdy doświadczenia trzeba nabierać w boju, a czego na szczęście w radiu nie było widać. Książka daje nam wgląd za kulisy całej imprezy. Z jednej strony fajnie tak pojechać sobie na koszt sponsora, z drugiej jednak jest to wcale nie taka łatwa robota, po całym dniu w siodle zebrać się w sobie i wymyślić oraz nagrać materiał na kolejną radiową audycję. Co najgorsze, nie można tego ani przełożyć na później, ani tym bardziej zrobić po powrocie. Zadanie tym trudniejsze, gdy w wyniku wypadku traci się część sprzętu do nadawania.

IMG_2772

Książka okazała się być lekturą, do której fajnie jest wracać. Jest przyjemna w czytaniu. Dla osób obytych z motocyklami często nawet naiwna, bo wiadomym jest, że dla nowicjuszy proste sprawy urastają do rozmiarów wielkich odkryć. Ale to też ma swój urok. Dobrze, że takie „smaczki” Tomasz Gorazdowski zostawił, chociaż pod koniec podróży sam się pewnie z tego śmiał.

Lektury podróżnicze po latach nabierają specjalnej wartości. Pokazują bowiem świat, który już nie istnieje. Był, dawno temu, ale się zmienił, de facto przestał istnieć. W tym wypadku w całkiem nieoczekiwany sposób. Bo to nie tyle zmienił się świat opisywany na kartach książki, co Polska. Nie ma już na przykład radia, na falach którego słuchaliśmy relacji z tej podróży. To znaczy niby jest ta sama nazwa, ten sam budynek… Ale nie ma już w nim tych ludzi, którzy je tworzyli. A z nimi zniknął cały sens jego istnienia. Tak trochę smutno i straszno…

img20220722_11450135b

Tomasz Gorazdowski, 126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata., Bezdroża Sp. Z o.o., Kraków 2010

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s