O filmie „Top Gun: Maverick”

img20220620_11373334sm

Nakręcenie po latach drugiej części dobrego filmu jest trudnym wyzwaniem. Zrobienie zaś kontynuacji największego hitu kinowego sprzed ponad trzech dekad jest zadaniem karkołomnym, które generalnie najłatwiej jest kompletnie położyć. Jakby nie patrzeć, pierwszy „Top Gun” tym hitem był i do niego należy rekord, którego pobić się już nie da. Otóż film ten jest światowym rekordzistą, jeśli chodzi o ilość sprzedanych kopii na VHS. Wynik ten byłby zapewne jeszcze bardziej imponujący, gdyby doliczyć pirackie kopie krążące w latach osiemdziesiątych nielegalnie po krajach byłego bloku wschodniego, z których to większość osób mojego pokolenia poznała to dzieło…

Mając powyższe wątpliwości na uwadze, z pewnym niepokojem udałem się do kina. Takiego klimatycznego, małego i starego. Zaopatrzony w coś do szeleszczenia i siorbania podczas seansu szykowałem się na najgorsze. A przynajmniej nie spodziewałem się niczego dobrego.

img20220620_11382641

Podczas seansu mile się zaskoczyłem. Otóż twórcom udało się niewykonalne, czyli wyjść obronną ręką z konfrontacji z legendarną już, pierwszą częścią filmu. „Maverick” jest nie tylko udaną kontynuacją pierwszego „Top Gun”. To w ogóle bardzo dobry film, wnoszący do starego tematu zupełnie nową jakość. Oczywista oczywistość, że są w nim nawiązania do jedynki, szczególnie na początku oraz w końcowych scenach filmu, jednak udało się uciec od jej schematów i naleciałości.

Oczywiście fabuła nadal nie jest zbyt skomplikowana. Trwają przygotowania do arcytrudnej akcji militarnej, bo wiadomo, to przecież armia. Czasu jest niewiele a okoliczności wyjątkowo niesprzyjające. Wokół tego zadania kręci się akcja filmu, jednak na całe szczęście nie jest to przytłaczające. Wróg niby jest, ale bez twarzy i imienia. To w sumie też dobrze.

IMG_1550

Sprawą wartą osobnego podkreślenia są sceny powietrznych akrobacji. Powiedzmy sobie szczerze – w kinie akcji wszystko już było. Do tego stopnia, że takie sceny zaczynają nużyć. Ale nie w Mavericku! Jakość scen, ich montaż, realizm – w końcu wszystko dzieje się naprawdę w powietrzu – to jest absolutne mistrzostwo świata i okolic. Jeśli ktoś powie, że są to najlepsze sceny lotnicze w historii kina, to jestem skłonny bez wahania przyznać mu rację.

img20220620_11373334

Wcale nie mniej dzieje się na ziemi. Mamy opowieść o dalszych losach bohaterów znanych nam z części pierwszej oraz ich potomków, bowiem jednak trochę lat już minęło. Oczywiście wraca wątek miłosny, bo czemu by nie. Jednak jest on dojrzały i poważny. W tle mamy rozgrywki personalne na wysokich szczeblach, podkładanie sobie świni i nóg, bo to przecież życie. Bohaterowie są przecież podobnie jak i my, o te 35 lat starsi, więc i tematyka jest poważniejsza. Chociaż jest także i całkiem spora dawka humoru. Udało się przy tym pogodzić stare z nowym. Nie ma się uczucia, że coś jest dodane na siłę. Dawne postaci, znane z pierwszej części filmu są tu umieszczone sensownie, nowe również dodano zgodnie z duchem czasu. Wyszła z tego trochę nostalgiczna opowieść o przemijaniu i przekazywaniu dalej międzypokoleniowej pałeczki w sztafecie pokoleń… A może to tylko nasze pokolenie tak to odczuwa?

img20220620_11402133

Ale co jest jeszcze ważniejsze, to postaci, które stały się dużo bardziej wyraziste i ludzkie niż w pierwszej części. Nie są to oczywiście pełne typy charakterologiczne, bo w tego typu kinie nie ma czasu ani miejsca na aż tak szczegółowo rozrysowanie postaci. Jednak czuć, że są to ludzie. Najbardziej oczywiście sam Maverick przedstawiony jest tutaj jako zwykły, ludzki bohater. Nie jest wszechmocny ani wszechwiedzący, popełnia błędy, przyznaje wprost, że o pewnych sprawach nie ma zielonego pojęcia. Poza tym jest graciarzem, za co darzę go wielką sympatią. Tak, Maverick w swoim hangarze ma całkiem sporą kolekcję starych motocykli.

A skoro o motocyklach mowa – oczywiście pojawiają się one w filmie, jednak nie tak często jak bym chciał. Ale jednak. Trudno powiedzieć, który gra tu ważniejszą rolę: czy stara GPz 900R, czy też nowy Ninja H2 Carbon. Co ciekawe, liczba scen w których pojawiają się oba motocykle jest mniej więcej zbliżona.

Więcej opowiadał nie będę, bo film wciąż można obejrzeć w kinach. W moim przypadku dwugodzinny seans minął nie wiadomo kiedy. Momentów nudnych czy też względnie zbędnych nie odnotowałem. Do tego stopnia, że nawet nie zdążyłem dojeść popcornu.

img20220620_11392098

Dużo można by jeszcze pisać na ten temat, chociaż nie wiem, czy to jest potrzebne. Jeden z moich kolegów, kiedy próbowałem mu zrelacjonować jeszcze na gorąco wrażenia po seansie, przerywał mi pytaniem w pół słowa:

„- Dobra, dobra. GPz 900R była?

– Oczywiście, jasne że była!

– Dobra, to idę!”

5 comments

  1. Też nie zdążyłam dojeść ;)) Miałam również podobne obawy – że przekombinują, przegadają i zepsują, ale nie. Fajnie, że zrobili ten film pod starych pier…, ekhm, fanów jedynki 😉 Bez kombinacji, prosto, przewidywalnie, satysfakcjonująco. Żadnych sugestii, żadnych „domyśl się”. Jak koleś ma być synem Goose’a, to wygląda jak cholerny Goose we własnej osobie i tak samo gra na pianinie, żeby nikt przypadkiem nie przeoczył nawiązania 😛 I że dali stare kawałki też mi się podobało. Po co dawać nową muzykę, jak stara jest dobra. A lepsze wrogiem dobrego 🙂 Finalnie jestem bardzo zadowolona jak to wyszło, chętnie bym obejrzała jeszcze raz 😀

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s