Ghost Station

img20220506_14225471s

Pani z Dziekanatu westchnęła ciężko i z wyrazem największego obrzydzenia przysunęła w swoim kierunku plik dokumentów. „Podanie o rozliczenie kosztów przejazdów służbowych, kopia dowodu rejestracyjnego, kopia prawa jazdy, kopia dokumentu ubezpieczenia pojazdu, faktura ze stacji paliw, kserokopia mapy, trasa podróży, kilometrówka… – o co to, to nie!” – podniosła głos. Wyjęła z szuflady linijkę, przyłożyła do mapy, odczytała odległość w linii prostej pomiędzy zaznaczonymi punktami na mapie, po czym czerwonym długopisem poprawiła przebyty dystans. Z 216 kilometrów zrobiło się niecałe 150. Teraz w ruch poszedł kalkulator. Sto pięćdziesiąt mnożone przez groszową, chyba jeszcze przedwojenną stawkę za kilometr, to daje nam… A nie, moment, moment. Pani zerka jeszcze raz na dowód rejestracyjny. To nie ta kategoria pojazdu, dla tego jest przecież niższa stawka! Liczydło idzie w ruch jeszcze raz. Po wszystkich skomplikowanych operacjach matematycznych wychodzi kwota, która wystarczyłaby ewentualnie może na zakup hot-doga na którejś z tańszych stacji benzynowych. Bez keczupu, do tego luksusu trzeba by dopłacić.

img20220506_14244283

Na nieśmiałe zwrócenie uwagi, że przecież drogi nie są wytyczone wcale po linii prostej i mają nawet zakręty, a na stacji benzynowej paliwo sprzedają w tej samej cenie, niezależenie od „klasyfikacji pojazdu”, Pani z Dziekanatu spojrzała takim wzrokiem, jakbym próbował jej odebrać ostatnią kromkę chleba. „Proszę czekać na rozliczenie” – rzuciła tylko przez zaciśnięte zęby. Koniec audiencji.

Z przejazdami służbowymi komunikacją publiczną było trochę lepiej. O tyle, że z kwotami widniejącymi na biletach Pani z Dziekanatu nie próbowała dyskutować. Oczywiście taki rodzaj transportu wiązał się z wieloma upierdliwościami, jak na przykład wstawaniem o nieludzkich godzinach i byciem w podróży czasem po kilka dni, zamiast jednego czy dwóch. Zwykle zmieniało się też środki transportu, typowo: komunikacja miejska, PKS, PKP, własne nogi. Przy czym ostatni dystans to było zwykle dobre 15 – 20 km, z całym niezbędnym sprzętem na plecach.

Ale to, co było w tym wszystkim piękne, to właśnie te ostatnie etapy podróży. Zapomniane przez wszystkich stacyjki kolejowe, na których już dawno nikt nie urzędował, bo pociąg pojawiał się tu dwa razy dziennie. Ten sam skład zresztą, rano jechał w jedną stronę, wieczorem wracał. Stara lokomotywa spalinowa ciągnęła bez pośpiechu jeszcze starsze wagony, jeszcze z drewnianą konstrukcją i lampami oświetlającymi wnętrze z grubego, lanego szkła, które wyglądały jak słoiki. Wewnątrz tych archaicznych lamp żarówki o jakiejś mizernej mocy wieczorami bardziej żarzyły się niż świeciły, wcale nie rozjaśniając mroku, a drewniana konstrukcja wagonów skrzypiała, kołysząc się na nierównych szynach. Bywało i tak, że byłem jedynym pasażerem tego składu. Nikt tędy nie jeździł. Osady, bo wioskami trudno nazwać trzy chałupy i folwark, były tu bardzo nieliczne, miejscowi rzadko się gdzieś ruszali a jeśli już, to jeździli raczej samochodami. Pociąg kursował rzadko i poza tym jechał może w porywach z prędkością nietrzeźwego rowerzysty, bo na rozwinięcie większych szybkości nie pozwalały powyginane we wszystkie strony szyny, które ostatni raz remontowane były chyba za czasów cesarza Franciszka Józefa.

Do dziś z tamtych czasów pozostały wspomnienia, kilka wyblakłych zdjęć, oraz ogromny sentyment do takich starych, opuszczonych stacji kolejowych gdzieś na końcu świata, na których błąkają się duchy przeszłości. To tu ktoś na kogoś czekał, smutne rozstania i szczęśliwe powroty…

Właśnie z powodu takich resentymentów narodził się pomysł, aby poszukać gdzieś w okolicy takich zapomnianych dworców kolejowych, a najlepiej całych linii. Wydało mi się to całkiem fajne, jednak realizacja natrafiła na wiele nieoczekiwanych przeszkód natury różnorakiej, także obiektywnej.

Co się jednak odwlecze… Poszukiwaną linię udało się odnaleźć, a przedstawione tu zdjęcia to efekt małych rekonesansów.

Pierwsze z typowanych wcześniej miejsc to dworzec jak najbardziej czynny, chociaż część infrastruktury niszczeje, a sam budynek dworcowy  pełni już zupełnie inną rolę.

IMG_9797

Drugi dworzec jest wspaniale zapuszczony, chociaż kursują z niego jeszcze jakieś pociągi. Jakieś cztery czy pięć na dobę. Miejsce z dużym potencjałem na stację-ducha.

img20220506_14225471

Ale ma jeszcze czas.

DSC_2357

DSC_2358

DSC_2362

Wreszcie trzeci okazał się strzałem w dziesiątkę. To znaczy samego dworca już nie widać i ciężko powiedzieć, co się z nim stało. Coś czuję, że to będzie ciekawa historia.

Z całego założenia pozostał kawał peronu z zachowanym zadaszeniem, całkiem sporo różnorakich pozostałości infrastruktury, oraz ciągnące się nie wiadomo gdzie, zardzewiałe szyny.

DSC_3716

DSC_3718

DSC_3734

DSC_3740

Krótki rekonesans wykazał, że rzecz wygląda bardziej niż obiecująco. Pociągi nie jeżdżą tędy już co najmniej ze dwie dekady, ale sama linia zachowała się niesamowicie dobrze, razem z sygnalizatorami i wiaduktami.

DSC_3720

DSC_3730

To będzie miejsce kolejnej wycieczki.

IMG_9808

DSC_3727

A co do moich studenckich rozliczeń…

Gdy pod koniec studiów poszedłem w końcu przypomnieć się Pani z Dziekanatu i upomnieć się o swoje rozliczenia przejazdów służbowych, których było całkiem sporo, ta zrobiła tylko (udawane) wielkie oczy, po czym sparafrazowała słynny tekst kapitana Stopczyka:

„- Rozliczenia? Jakie rozliczenia?!”

Wspaniałe czasy ogólnej ..ujozy 🙂

img20220506_14235354

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s