Dave Mann, magazyn Easyriders, sztuka motocyklowa i portret motocyklisty

img20220127_17102392s

Nie jestem Amerykaninem, nie zaczytywałem się w młodości w magazynie Easyriders. Mieszkałem po drugiej stronie żelaznej kurtyny, pewnie do lat 90-tych wcale nie wiedziałem nawet o jego istnieniu. Etap fascynacji amerykańskimi motocyklami przeszedłem szybko i bezboleśnie. Dziś można by rzec – niemalże bezobjawowo. Od pewnych rzeczy jednak nie da się uciec. Magazyn Easyriders, czy to się komuś podoba, czy też nie, wywarł na światku motocyklowym swoje piętno.

Przede wszystkim to chyba on wypromował i podtrzymał mit „easyridera”. Czy w ten sposób zrobił więcej złego, czy dobrgo, to już temat na inne rozważania. Ale uczynił jeszcze coś bardzo ważnego – zrobił z motocyklizmu sztukę. A może bardziej poprawnie – temat dla artystów.

Z magazynem współpracowali najlepsi fotograficy w branży. Czopery można lubić albo i nie, przyznać jednak trzeba, że zdjęcia zamieszczone na kartach miesięcznika, a później kwartalnika, to absolutne mistrzostwo. Tak się robi zdjęcia motocykli – i nie tylko. Rzecz warta podejrzenia. Nigdy bowiem nie jest się tak dobrym, aby się jeszcze czegoś nie nauczyć.

Okładka pierwszego numeru magazynu „Easyriders” z 1971 roku:

img20220128_19273126

Magazyn był chętnie czytany przez młodzież, zapewne nie tylko ze względu na tematykę motocyklową. Zawierał bowiem także rzeczy, które niekoniecznie musiały oglądać dzieciaki z mlekiem pod nosem. Chodzi oczywiście o osławione modelki topless, pozujące często do zdjęć wraz z motocyklami. USA wcale nie były tak swobodnym obyczajowo krajem, jakby mogło nam się wydawać.

Nieodłączną częścią magazynu był Dave Mann. Jego obrazy zrobiły chyba jeszcze większe wrażenie, niż fotografie. U nas jego obrazy znane są oczywiście z Internetu, gdzie zamieszczane są na przeróżnych stronach. Dzieła zaczęły żyć własnym życiem.

img20220127_17102392

Ja sam natknąłem się na jego obrazy gdzieś w okolicach dwutysięcznego roku, właśnie za pośrednictwem jednej z amerykańskich stron internetowych. To był ten czas, gdy mój motocykl był ciągle w proszku i więcej się go pchało niż jeździło. Dave „kupił” mnie jednym ze swoich obrazów, na którym, w strugach ulewnego deszczu jakiś typ próbuje naprawić zepsuty motocykl, gdy w tym samym czasie jego dziewczyna zbiera z ulicy pogubione części. Ta scena była mi bardzo dobrze znana – z życia. Z tą różnicą, że pogubione części zbierałem sam. Ale u Dave to była sztuka, u mnie – rzeczywistość. Zresztą, na obrazie zawsze wszystko wygląda piękniej 🙂

Dave to postać ciekawa. Z motoryzacją związany był „od zawsze”, jednak początkowo w kręgu jego zainteresowań były samochody i pin-up girls. Podczas jednej z wycieczek, gdzieś w okolicach Santa Monica, natknął się przypadkowo na warsztat motocyklowy, w którym budowano wczesne customy.

Od tej pory poświęcił się już wyłącznie motocyklom. Kupił swój pierwszy jednoślad, panheada z 1948 roku, za którego zapłacił oszałamiającą sumę 350 „zielonych”. Wkrótce po tym namalował pierwszy obraz o tematyce motocyklowej – „Hollywood Run”. Następnie zgłosił swój udział na lokalnym pokazie samochodów „niestandardowych” w Kansas City, czyli czymś w rodzaju ówczesnego „tuning schow”. Pojechał tam na swoim przerobionym motocyklu i z własnymi pracami pod pachą. Jak się okazało, był jedynym motocyklistą na pokazie. Sędziowie i organizatorzy konkursu, zamiast chłopa z pokazu wywalić, albo chociaż dać mu do zrozumienia, jak niemile jest tu widziany motocyklista (jak to się u nas zdarzało), nie dość że docenili jego wysiłek i stworzyli dla niego osobną kategorię – to jeszcze ufundowali specjalną nagrodę.

img20220127_17093337

Ten wyjazd opłacił się także z innego powodu. Na pokazie obecny był bowiem niejaki Tom Fugle, który zainteresował się młodym artystą. Za jego zgodą pokazał zdjęcie jednego z obrazów Edowi „Big Daddy” Rothowi, który wydawał wówczas jeden z pierwszych magazynów poświęconych motocyklom customowym.

Roth docenił obraz i zamówił u Manna kolejne prace. Ile? Co do tego panują rozbieżności. Mówi się o dziesięciu, czternastu, a czasem nawet dwudziestu. Jak by nie było, Dave Mann zaistniał w świecie motocyklowym.

img20220127_17084427

W 1972 roku odpowiedział na ogłoszenie nowopowstałego magazynu motocyklowego. Czasopismo to zwało się „Easyriders” i poszukiwało artysty – plastyka. A dalej… Dalej to już historia. Dave Mann pracował nieprzerwanie dla magazynu aż do 2003 roku, gdy choroba zmusiła go do przejścia na emeryturę. Zmarł dzień po swoich 64 urodzinach, 11 września 2004 roku.

Na temat strony artystycznej nie będę się wypowiadał, nie będąc ani krytykiem sztuki, ani tym bardziej artystą. W każdym razie Mann w swej twórczości posługiwał się pewnymi schematami. Zwykle obraz przedstawia motocyklistę na swej maszynie wraz z postacią dopełniającą. Zazwyczaj są to dwaj motocykliści jadący obok siebie. Takich dzieł powstała cała seria. Postacią dopełniającą może być też kierowca ciężarówki, żołnierze, generalnie osoby nastawione przyjaźnie, które wspólnie koegzystują na drodze. Jeszcze inny rodzaj obrazów opartych na tym samym schemacie to motocyklista „śledzony” przez jakąś mityczną postać z przeszłości. Może być nią średniowieczny rycerz, traper albo rewolwerowiec znany z westernów. Aby podkreślić jedność tych postaci, zwykle będą one miały ten sam wyraz twarzy lub też odpowiadające sobie fragmenty ubioru, aby nie było wątpliwości, że motocyklista to współczesne wcielenie dawnych bohaterów.

Inny typ obrazów to mężczyzna na motocyklu plus towarzysząca mu kobieta. Czasem jest to postać fikcyjna, jakby ze wspomnień. Innym razem wydaje się ona być istotą nadprzyrodzoną, zdającą się czuwać nad jeźdźcem. Czasem są to realne kobiety, pasażerki motocykla. Co ciekawe, powstały tylko trzy obrazy przedstawiające kobiety za kierownicą pojazdu.

Ostatni schemat to przedstawienie antagonistów. Dobrzy motocykliści kontra źli ludzie: policjanci, kierowcy „lepszych” samochodów z klasy średniej, uwięzieni w swoich ramkach ról społecznych, niemogący ścierpieć zainteresowania ich rodzin widokiem przejeżdżającego jeźdźca…  Motocyklista wydaje się być uosobieniem wolności, jest jakby ponad nimi. W dalszej perspektywie widać tu jednak pewien paradoks. Z jednej strony motocyklista chce być poza zwykłym, szarym życiem. Z drugiej – chce być przez to życie zauważany i doceniany.

To w sumie trochę tak jak w prawdziwym życiu…

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s