O książce „Samochody na torach wyścigowych świata”

img20200704_19452816

„Nie oceniaj książki po okładce” – i dzisiejsza lektura właśnie w 100% oddaje sens tego powiedzenia. Chociaż trudno było mieć jakieś specjalne oczekiwania wobec książki, która opisuje sport samochodowy i napisana została równe sześćdziesiąt lat temu. Gdy ją zobaczyłem w antykwariacie liczyłem, że być może będzie miała jakąś ewentualną wartość sentymentalno – historyczną. Myliłem się. I to bardzo.

Przede wszystkim, Autorowi udało się zrobić wspaniałe kompendium wiedzy o sporcie samochodowym oraz związanej z nim technice i przy okazji napisać to w taki sposób, że od lektury wprost ciężko się oderwać.

DSC_5447

Początek książki to oczywiście geneza sportów motorowych w ogóle. Ja wiem, że jest to poniekąd oczywiste dla każdego, kto we wczesnej młodości dosiadał Motorynki czy innego Komara. Wiadomo, że trzeba było ustalić, czyj sprzęt jest szybszy. Jednak sprawa miała także swoje drugie dno. Tak naprawdę trudno było dawniej przetestować w praktyce różne rozwiązania konstrukcyjne i ustalić, które z nich jest lepsze. Najprościej zaś było to zrobić w bezpośredniej konfrontacji z innymi konstrukcjami. Zresztą, w początkowym, pionierskim etapie, często konstruktorzy byli również kierowcami swoich bolidów.

A w początkowych latach motoryzacji było co testować. Pamiętać trzeba, że jeszcze na początku XX wieku na liniach startowych pojawiały się pojazdy o różnym napędzie. Mocną konkurencję dla wczesnych, niedoskonałych silników spalinowych, stanowiły doskonałe pod względem wydajności i niezawodności, pojazdy elektryczne. Skrzydła podcinały im jednak ciężkie, niewydolne baterie. Problem znany do dziś. Do tego dochodziły samochody parowe, które wówczas jeszcze wcale nie powiedziały ostatniego słowa a konstrukcja ich była ciągle udoskonalana. W tych warunkach tempo rozwoju motoryzacji było wręcz niesamowite,  co wspaniale pokazuje zestawienie w formie tabeli, dokumentujące rok po roku, parametry pojazdów oraz średnie czasy przejazdu w kolejnych wyścigach.

W zasadzie do Pierwszej Wojny Światowej przetestowano już wszelkie możliwe rozwiązania techniczne, które znamy we współczesnych pojazdach spalinowych. Nieprzypadkowo mówi się, że dzisiejszy samochód sportowy to auto, które jutro stanie w naszym garażu. Oczywiście, czasem trzeba znacznie więcej czasu, jednak nie zmienia to sensu powiedzenia.

IMG_0501

Tak dla przykładu – układ rozrządu DOHC, o którym jakiś czas temu mówiono, że pojazd z takim typem sterowania zaworami w ogóle nie powinien być nazywany zabytkiem, pojawił się na drogach już w początkach XX wieku. I wcale nie było to ostatnie słowo ówczesnych konstruktorów. Jeszcze przed Pierwszą Wojną Światową na drogi wyjechały samochody z układami rozrządu, które można by opisać jako „TOHC” oraz ”DDOHC”. Ten pierwszy posiadał trzy wałki rozrządu, z których dwa sterowały zaworami ssącymi, trzeci zaś wydechowymi. Drugi to dosłownie „podwójne DOHC”.

Dlaczego tak? Jednym z kluczy do zwiększenia wydajności jest kwestia sprawności wymiany ładunku w cylindrze oraz polepszenia samego procesu spalania. W tym właśnie okresie pojawiły się już silniki wielozaworowe. Trzy i cztery zawory na cylinder, to jeszcze nic w porównaniu z konstrukcjami posiadającymi ich po sześć – i, jakby jeszcze tego było mało, mającym dodatkowo po trzy świece zapłonowe na każdy z cylindrów! Takie monstrum wypuścił na drogi Peugeot w… 1908 roku!

Nie zapomniano o samych wyścigach, wraz z ewolucją ich formuły oraz zmianami w przepisach. Z jednej strony, miały one za zadanie ograniczenie osiągów samochodów sportowych to poziomu zapewniającego „względne bezpieczeństwo”, z drugiej zaś – stymulowało ich rozwój. Ograniczenia bowiem dotyczyły zwykle pojemności silników, zużycia paliwa czy też masy pojazdów, co w konsekwencji koncentrowało myśli inżynierów nad kwestią zwiększenia wydajności jednostek napędowych. Pojawiło się określenie tras wyścigów, w których wygrywali kierowcy oraz takich, gdzie zwycięzcami byli inżynierowie. Te pierwsze to trasy, które wymagały od kierowcy niesamowitych umiejętności i opanowania. Należały do nich Nürburgring albo Grand Prix Lwowa. Tak, także w Polsce w latach trzydziestych rozgrywano zawody o randze światowej, gdzie rywalizowała ścisła światowa czołówka a wśród nich można znaleźć takie nazwiska jak Ripper czy hrabia Potocki. Że też cenzura coś takiego przepuściła. Trasy inżynierów to typowe wyścigi na wyniszczenie. Tutaj wymienić należy tor w Indianapolis czy Reims. Tu rola kierowcy zredukowana jest do dociskania pedału gazu i ewentualnego skrętu kierownicą, gdy to jest konieczne. Wygrywa zasadniczo ten, komu podczas wyścigu nie rozpadnie się samochód, ewentualnie rozleci się tylko częściowo, gubiąc elementy bez których można jeszcze jakoś jechać. Torów tych nienawidzą kierowcy, kochają je za to inżynierowie.

IMG_0502

Nie zabrakło życiorysów wielkich mistrzów kierownicy, historii bicia rekordów prędkości wraz z opisami rozwiązań technicznych stosowanych w pojazdach przeznaczonych do tego celu, fragmentów relacji sportowych oraz, chyba jednego z najciekawszych, czyli rozdziału poświęconego kulisom wielkich wyścigów. Rozdział ten ma zresztą dosyć przewrotny tytuł: „Złoty interes”. Jest to w zasadzie instrukcja, jak zorganizować wyścigi. Czyli ile i komu trzeba zapłacić, co zorganizować, skąd brać pieniądze i ile można zarobić albo stracić na tej całej imprezie. Jest to stan na koniec lat pięćdziesiątych, jednak daje niejakie wyobrażenie o tym, co dzieje się za kulisami każdego z takich przedsięwzięć. Niesamowite jest to, że książka ta wydana została na początku lat sześćdziesiątych w tak zwanej Polsce Ludowej. Jak to się stało, że cenzura puściła takie rzeczy, tego ja nie mogę zrozumieć.

Wiem, powtarzam się.

Podsumowując – książka ciekawa i do tego wspaniale napisana, z dużą ilością historycznych zdjęć i rysunków. Zawiera ogromną dawkę wiedzy podanej w tak przemyślany sposób, że nie ma problemu ze znalezieniem dowolnego fragmentu – i to bez posiłkowania się spisem treści. Całość poukładana jest bardzo logicznie. Dodatkowego smaczku dodają fragmenty, które w zasadzie nie powinny pojawić się niej w tamtym czasie i miejscu, jednak z jakichś powodów cenzura ich nie wyłapała. A warto nadmienić, że już we wstępie do książki pojawiają się sformułowania podpadające pod paragraf „szkalowanie PRL”.

Jedna z najciekawszych pozycji trafionych w antykwariacie.

Stanisław Brzosko, Samochody na torach wyścigowych świata, Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, Warszawa 1961. Wydanie pierwsze.

4 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s