Studium krótkiej pamięci

img20210722_10044551

Na jednym z portali zadano internautom pytanie, czy są za tym, aby przywrócić Strażom Miejskim i Gminnym prawo do ustawiania fotoradarów i karania kierowców za wykroczenia. Argumentacja jest taka jak zawsze – czyli „bezpieczeństwo ruchu drogowego”. Słowo – wytrych, z którego w sumie nic nie wynika. Ale jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, to można go od razu zgasić, przypinając mu łatkę „pirata i bandyty drogowego”. Ucina to wszelkie dyskusje. „Ci, co jeżdżą przepisowo, nie mają się czego bać”. Czyżby?

Wobec tego zadałbym pytanie pomocnicze. Dlaczego Straże Miejskie te uprawnienia utraciły? Czy ktoś pamięta?

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zapewne idzie o pieniądze. Wpływy z mandatów nałożonych przez policję znikają bez śladu w budżecie centralnym. Co innego jednak z karami nakładanymi przez strażników – te zasilają kasę gminy. Wobec tego strażnicy stali się inkasentami, maszynkami do zarabiania pieniędzy dla gmin, nie bardzo już mającymi czas do wykonywania swoich statutowych obowiązków. Ale to przecież drobiazg.

Oczywiście, taki fotoradar to jest spora inwestycja, która musi się zwrócić. Teoretycznie kierowców naginających przepisy jest u nas pod dostatkiem, więc nie powinno być z tym problemu. Jak się jednak w praktyce okazało, wcale tak dużo ich nie było. Przynajmniej w rozumieniu księgowych gmin. Trzeba było ich więc trochę „naprodukować”.

Tylko jak to zrobić? Sposobów jest kilka. Z pomocą może przyjść na przykład instrukcja obsługi takiego fotoradaru. Są w niej zawarte wytyczne, jak takie urządzenie powinno być ustawione, aby zmierzone przez nie wyniki były jak najbliższe rzeczywistości. A więc wystarczy ustawić urządzenie inaczej, tak aby zmierzone prędkości były zawyżone. Wbrew pozorom, było to działanie nagminne. Do tego stopnia, że pojawili się „łowcy straży miejskich”, dokumentujący tego typu wykroczenia, którzy w krótkim czasie zebrali imponujące archiwum.

Drugi ze sposobów jest trochę bardziej skomplikowany i wymaga większego zaangażowania gminy. Trzeba mianowicie urządzić pułapkę na kierowców. W tym celu należy tak poustawiać znaki drogowe, aby wprowadzić kierowców w błąd. Oczywiście, wszystko musi być w majestacie prawa. Tak więc gmina zmienia oznakowanie tak, że robi z niego łamigłówkę, jakąś niestandardową kombinację znaków drogowych. Jak na przykład w osławionej gminie B.B., gdzie kierowcy, święcie będąc przekonanymi o tym, że jadą zgodnie z przepisami, nagle dostawali zdjęcie z fotoradaru pośrodku niczego. Wszystko w majestacie prawa, bo oznakowanie mimo iż chamskie i ordynarne to jednak było zgodne z przepisami. W zamian za to gmina zaś mogła sobie w corocznym budżecie zaplanować dochody na poziomie 6 000 000 złotych rocznie. Sześciu milionów złotych. Maleńka gmina na końcu świata. Ale wiecie, bezpieczeństwo…

Przy gnębiącej polskie drogi znakozie, będącej objawem pewnego dziwnego przekonania, mówiącego że im więcej znaków, tym lepiej, skonstruowanie takich pułapek na kierowców nie jest specjalnie skomplikowanym zadaniem.

Myliłby się jednak ten, kto pochopnie sądziłby, że państwo ujęło się za kierowcami ukaranymi na podstawie wątpliwych przesłanek przez straże miejskie. Nic z tych rzeczy. Przecież także policja używała w owym czasie ręcznych mierników prędkości „Iskra”, które nie spełniały podstawowych wymogów stawianych tym urządzeniom. Nie przeszkadzało to oczywiście policji w wystawianiu mandatów kierowcom, którzy jeszcze od czasów carskich traktowani są jak ludzie niemający co robić z pieniędzmi i rolą państwa jest dbanie, żeby od tego nadmiaru gotówki w głowach im się nie poprzewracało. Ministerstwo i policja udawały przy tym, że wszystko jest ok. Nie była to jedyna taka wpadka. Ale ja nie o tym.

Problem powstał przy podziale łupów. Jak wiemy, przychody z mandatów wystawionych przez straże miejskie i gminne stanowią dochód gminy. Ale przecież państwo nie dopuściłoby do wypuszczenia dochodowego przedsięwzięcia, gdyby nie miało w tym zagwarantowanego udziału.

Miało, w przypadku bowiem, gdy sprawa trafiała do innych organów niż samorządowe (np. do sądu), przychód z mandatu trafiał do budżetu centralnego. W przypadku zaś niemożności ustalenia, kto prowadził pojazd, sprawa miała być przekazywana policji. Również w tym przypadku pieniądze miały trafiać do budżetu centralnego.

Tyle teorii. A co w praktyce? Rozzuchwalone straże miejskie kombinowały, jak nie dać państwu jego doli. Zaczęła się żonglerka terminami, wysyłanie do kierowców dziwnych żądań do zapłaty bezprawnych grzywien… Gminy czerpały z tego korzyści, bowiem żadne organa państwowe nie były o sprawach informowane. Proceder ten był nagminny. Żeby nie być gołosłownym, zamieszczam link do raportu NIK. Szarpanie niedźwiedzia za wąsy spowodowało, że wreszcie ktoś zareagował i zakończył fotoradarowe Eldorado. Albo dziki zachód.

Wracając do samego projektu – byłbym nawet za, gdyby mandaty wystawiane przez straże miejskie zasilały budżet centralny a nie gminy. Ale wówczas żadna gmina nie chciałaby bawić się w kontrole prędkości, bo co to za interes. Wtedy nie byłoby już mowy o „bezpieczeństwie”.

img20210722_10041808

Ja oczywiście jestem realistą i nie mam złudzeń, że projekt przejdzie ze wszystkimi swoimi wadami. Bowiem nie potrafimy się uczyć na swoich błędach. Mało tego, mam takie wrażenie że są ludzie, którzy uważają, że jak robią coś źle dostatecznie długo, to w końcu dostaną dobre rezultaty. Niestety…

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s