Amerykański sen – historia jednego dolara

img20200727_17174050

W życiu jakoś zwykle tak jest, że nie może być za łatwo. O ile z adresem żadnego problemu nie było, o tyle okazało się, że ze znalezieniem pracy w czasie wojny wcale nie jest tak prosto. Niestety, to co zwykle mawiał Ferdek Kiepski mówiąc, że „ w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” nie jest żartem tylko gorzką prawdą. A dorosły stajesz się z chwilą, gdy przestaje cię to śmieszyć. W USA było podobnie, tylko do tego wszystkiego doszedł problem nieznajomości realiów i ludzi. Wykorzystując nieliczne możliwości próbowałem się dowiedzieć czegoś to tu, to tam. Niestety, bez rezultatu. Gość od którego wynajmowałem lokum też miał z problemy z pracą. To znaczy zasadniczo ciągle ją miał, jednak było jej niewiele. W rezultacie jeździł do roboty co drugi albo trzeci dzień. A ponieważ po opłaceniu czynszu mój zasób gotówki uległ dramatycznemu uszczupleniu, sytuacja stała się naprawdę niewesoła.

Nie mając nic innego do roboty postanowiłem wybrać się na plażę.

img692

Jezioro Michigan wygląda na pierwszy rzut oka jak morze. Szumi, faluje – tylko nie chce być słone. Od mojego domu do jeziora było jakieś 15 mil. Rzut beretem.

img693

Włócząc się bez celu po pustej o tej porze roku Montrose Beach znalazłem na piasku pomięty banknot jednodolarowy. W pierwszej chwili myślałem że to jakaś ulotka reklamowa. Ale nie. Najprawdziwszy jeden dolar. Może to na szczęście? A więc prawdę mówili, że w Ameryce pieniądze leżą na ulicach. Na plażach widać też. Jakby to były studolarówki albo chociaż pięćdziesiątki to bym się nie martwił. Niestety, ten jeden dolar w niczym mnie nie ratował.

img716

Wracając powoli w kierunku miasta, w parku natrafiłem na znajomą fontannę. To znaczy widywałem ją w telewizji. To na pewno ona. Buckingham Fountain, znana dobrze wszystkim z czołówki serialu „Świat według Bundych”. Do tej pory nawet nie miałem pojęcia, że filmowa rodzinka mieszkała właśnie w Chicago. Co za zbieg okoliczności.

img719

Usiadłem na ławce przy fontannie bijąc się ze swoimi niewesołymi w tym momencie myślami. O swojej nieciekawej sytuacji i o Alu Bundym. Tym gościu, który – nie wiedzieć zupełnie czemu, stał się synonimem życiowego przegrywa. Bo gdy się tak nad tym wszystkim dobrze zastanowić – facet tak naprawdę odniósł w życiu sukces. Ma rodzinę, duży dom, pracę z której może to wszystko utrzymać i na dodatek dobrą paczkę kumpli, którzy zawsze chętnie wpadają do niego na piwo do klubu w piwnicy. Myślę że prawie wszyscy ludzie na tej planecie chcieliby być tak „przegrani” jak on. Ok, Bundy’s byli w stosunku do siebie chamscy i niemili, to fakt. Ale to w zasadzie sprawa najprostsza do zmiany. Wystarczy tylko chcieć.

Gdy tak siedziałem zajęty swoimi myślami, niepostrzeżenie podszedł do mnie młody chłopak. Mniej więcej w moim wieku. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest bezdomny. Nie mam pojęcia, jakie koleje losu rzuciły go na ulicę, ale na jego widok zrobiło mi się chłodno. Czy taki los mnie czeka? Dużo w sumie już nie brakuje. Chłopak prosi o dolara. Niewiele myśląc, dałem mu znaleziony chwilę wcześniej na plaży banknot. Nie znam się na przesądach więc nie wiedziałem, czy znaleziony pieniądz należy zachować czy też wręcz przeciwnie – pozbyć się jak najszybciej. Wobec tego, wybrałem drugą opcję.

img20200425_20045652

Nieznajomy pyta, skąd pochodzę. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą:

– I come from Poland.

Facet pomyślał chwilę po czym powiedział niepewnie:

– Holland?

A niech będzie! Yes, from Holland. Bo w sumie, co za różnica? Nie pierwszy i nie ostatni raz podczas tej przygody dane mi będzie przekonać się, że większość ludzi na świecie nie tylko nie wie, gdzie leży Polska ale nawet nie ma pojęcia o jej istnieniu. Taki pstryczek w nos, żeby nie zapomnieć o swoim miejscu w szeregu.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Do domu wracałem z myślą, że może na ulicy będę miał w razie czego jakiegoś kumpla. Funkcjonuje coś takiego w tym środowisku?

Los jednak okazał się dla mnie łaskawy i oszczędził mi tego typu próby. W domu czekały na mnie dobre wiadomości. Znajomy od gościa od którego wynajmowałem lokum pracował w dużym hipermarkecie. Ktoś z jego teamu zachorował i potrzebowali pilnie osoby na zastępstwo. Na tydzień, może dwa. Takiej okazji nie można było przegapiać.

Pierwszy dzień to było szkolenie. W pierwszej chwili myślałem sobie, że mój nowy przełożony robi sobie ze mnie jaja ucząc mnie tak prozaicznych czynności. Jednak po chwili zastanowienia uznałem, że tak ma być a to należy do jego obowiązków. Tak też było. Drugiego dnia pracowałem już sam, jednak pod nadzorem. Na trzeci dzień szef puścił mnie samopas, chociaż czułem że mnie obserwuje. Pod koniec zmiany podszedł do mnie i zapytał, czy nie chciałbym czasem dołączyć do teamu. Jednak los się w końcu do mnie uśmiechnął.

img20200425_20070651

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s