Amerykański sen – z deszczu pod rynnę

img20200727_17174050

Przygotowania do wyjazdu trwają pełną parą. Pozbywam się wszystkiego, co zbędne. Nie ma tego zbyt wiele. Niby wiza jest tylko na rok, ale kto wie co będzie dalej. W efekcie na mój bagaż składają się plecak z aparatem fotograficznym, torba podróżna z ciuchami oraz kilka książek. W portfelu mam 1100 dolarów. To cały mój majątek.

W międzyczasie sytuacja na świecie zaczyna się komplikować. Wojna w Zatoce Perskiej wisi na włosku i ogólnie na tej planecie zaczyna robić się nieciekawie. Ale nie mam czasu nad tym zastanawiać. Jest jeszcze tyle spraw do załatwienia a czas płynie nieubłaganie.

Wreszcie nadchodzi Ten Dzień. Jadę na lotnisko. Taksówkarz o niczym innym nie mówi, jak o możliwej wojnie w Iraku. Tak samo spiker w radiu. Zastanawiam się, czy robi tak specjalnie czy też tylko nie myśli nad tym co mówi.

Odprawa przebiega szybko i sprawnie. W samolocie główny temat to oczywiście znowu ewentualna wojna w Zatoce. Nie mam ochoty tego słuchać, ale się nie da. W końcu, dwie godziny przed planowanym lądowaniem – jeb. Wykrakali. Wojna w Zatoce się zaczęła. To naprawdę nie są dobre wieści.

img849

Z tłumu podróżnych na lotnisku niemal od razu wyłuskuje mnie urzędniczka imigracyjna.

– To wszystkie twoje bagaże? – pyta.

– Tak – odpowiadam.

– Chodź ze mną.

Bez słowa wyjaśnienia. Torba i plecak zostają mi odebrane a ja sam ląduję na dołku. Pomieszczenie ma białe ściany z wielkimi oknami zasłoniętymi żaluzjami. Na środku znajdują się przyśrubowane do podłogi dwa rzędy metalowych ławek bez oparcia. Siadam na jednej z nich. Nie jestem tu sam, jednak nikt nie zaczyna rozmowy. Każdy siedzi osobno, z dala od innych z własnymi problemami. Od czasu do czasu żaluzje na moment rozchylają się. Pewnie żebyśmy wiedzieli, że jesteśmy obserwowani. Co jakiś czas strażnicy kogoś wprowadzają albo wywołują. Ja ciągle siedzę. Tak mijają godziny a we mnie narasta złość. Osoby które przyszły tu po mnie już dawno stąd zabrano a ja ciągle tu tkwię. Złość jednak szybko mi mija gdy strażnicy wprowadzają faceta skutego tak, że może iść tylko w kucki. W zasadzie to oni go wnoszą. Sadzają go na ławce obok, przykuwają do niej dodatkowo kajdanami i tak zostawiają. Wygląda na to że tu naprawdę nie ma żartów. Cóż, pozostaje czekać nie wiadomo na co. Podobno jak już się wpadło po uszy to lepiej jest siedzieć cicho. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zupełnie nie mam pojęcia w co i dlaczego wpadłem.

W końcu wywołują i mnie. Ta sama urzędniczka która wyłuskała mnie z tłumu robi mi teraz przesłuchanie, czepiając się dosłownie każdego mojego słowa. W pewnym momencie mam jej dość i ogłaszam strajk. Już wiem, że do tej Ameryki mnie nie wpuszczą, więc nie będę sobie przedłużał stresu i upokorzeń. Wobec tego ogłaszam urzędniczce, że od tej chwili nie mówię już więcej po angielsku. To ją wybija z roli. W końcu woła tłumacza. A ja mam taką cichą nadzieję, że gdy już tłumacz się pojawi, to rozmowa zacznie przebiegać w spokojniejszym tonie.

W końcu pojawia się tłumacz. Niewysoki, łysiejący facet w garniturze. Teraz on mnie przesłuchuje, dając urzędnicze znak, żeby się nie wtrącała. Czyli że jest nie tylko tłumaczem ale także jej przełożonym.

Na stole leżą moje dokumenty, zarówno paszport jak i koperta z zaświadczeniami z uczelni.

– Opowiedz mi coś o tym – wskazuje na papiery.

Opowiadam więc o tym że studiuję, że jestem w trakcie doktoratu, o urlopie na uczelni i wakacjach które chciałem spędzić w USA podszkalając przy okazji swój angielski. Facet kiwa głową. Nie wiem, co to oznacza. Czy chce pokazać że mnie rozumie czy też że taką bajkę też już słyszał i że wcale go to nie przekonuje. W końcu pyta:

– Czemu masz tak mało bagażu?

A to o to wam chodzi! Odpowiadam, że jestem studentem biologii przyzwyczajonym do życia w akademiku oraz do wyjazdów w teren, więc nauczyłem się obywać bez wielu rzeczy. Zresztą, w sytuacji gdy będę coś potrzebował to zawsze mogę sobie coś dokupić na miejscu. Mam przecież pieniądze. To mówiąc pokazuję mu swój portfel.

Widać zadziałało. Gość daje znak urzędniczce. Ta po chwili przywozi moje bagaże na wózku.

img20200425_20052969

Rzeczywiście, wglądają śmiesznie skromnie.

– Co teraz? – pytam

– Możesz iść – odpowiada urzędnik

img610

– witamy w Ameryce.

img20200425_20070651

5 comments

  1. Live its brutal 😀
    Ci wszyscy alnglo amerykańsko i teraz jeszcze irlandzko…
    Są jacyś dziwni. Robię teraz na budowie pod Warszawą. Serwerownia dla Microsoftu.
    Robię na teleskopie Manitou. I mimo iż wszystko jest zgodne co chwilę mają jakieś ale. Wiadomo budowa więc kaski kamizelki odblaskowe buty BHP.
    Okulary ochronne (noszę też optyczne od prawie 50lat. No i maseczki. Ale jak pracować gdy cały teren jest poszatkowany płotami. No bo tu wykop i jakiś matoł może wpaść. Więc dwu metrowe ogrodzie. Trasy dla pieszych wydzielone plastikowymi jersejami . A gdzie ja się pytam przejazd dla maszyn itd. co dwa trzy dni sprawdzają UDT i zezwolenia na pracę. I ciągle im coś nie pasuje. Wiem że to w zasadzie nie na temat ale to już któraś budowa z tymi…. Hmmm
    I się zastanawiam czy nie podpaść tak żeby mnie wywalili bo mózg się lasuje a ręce opadają
    Pozdrawiam Czesław

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja pracuję od lat w amerykańskiej bądź co bądź firmie, więc chyba już przywykłem i tych „dziwności” nie postrzegam już jako czegoś specjalnego. Tak mi się życie układa, że od teh Ameryki nie udaje mi się uciec 🙂
      Pozdrwiam serdecznie 🙂

      Polubienie

  2. No i po temacie. W piątek na fajrant usiłowałem wyjechać tyłem ciut pod górę maszyną Manitou MRT 2150. Koła budowały w kopnym piachu. Maszyna szła na boki jak chciała. Zachaczyłem o ten ich płot odgradzający nic od niczego. I Czerwoną kartka. Bo brak człowieka kontrolującego co się z tyłu dzieje. A tłumaczenie że nie było nikogo do pomocy i że się obawiałem że gdyby był to było ryzyko że go stuknie. Nie pomogło
    Więc od poniedziałku szukają kogoś na moje miejsce a ja jadę na Wroclaw
    Pozdrawiam Czesław

    Polubienie

    1. Nie wiem, czy Cie to pocieszy.
      Kiedys, chyba z 18 lat temu pracowalem w pewnej firmie. Szef wyslal mnie samochodem do Lodzi bodajze. W drodze zlapal mnie grad. Ale taki konkretny. Oczywiscie, jak to w trasie – zanim zdazysz gdzies sie schowac, to juz po wszystkim.
      Auto oczywiscie uszkodzone, jakies plastkiki gradowe kule pokruszyly…
      Za te szkody potracono mi chyba wiecej niz pol wyplaty plus gadka mojego „szefa” ze on „za moja glupote nie nie ma zamiaru odpowiadac, ze jak on sie ze mna strasznie meczy, zyciowym lamaga itp”. Oczywiscie auto mial ubezpieczone a ten caly cyrk byl tylko po to, aby nie wyplacic mi pensji. Bo takie czasy byly. Zreszta – jedynym zyciowym osiagnieciem faceta bylo przejecie firmy po ojcu.
      Wobec tego sam sie zwolnilem – w co nie mogl uwierzyc. Znowu uslyszalem gadke, „ze jestem niewdziecznym takim i owakim”. Rzecz jasna, kolejnej czesci pensji mi nie wyplacil – „za kare” :/

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s