Przy piwku albo największy koszmar motoryzacyjny # 1

Mocne

Kilka dni temu wpadł znajomy w odwiedziny. Rozmowa zeszła na tematy motoryzacyjne, jak to u facetów bywa (wiem, nudy). W pewnej chwili kolega zapytał mnie o mój największy koszmar motoryzacyjny. Trochę się wahałem. Mógłbym wspomnieć zwłoki Junaka, którym przejechałem może ze 200 km w ciągu dwóch lat. Albo Jawę, która po wyciągnięciu ze sterty złomu w której zalegała przez ostatnich kilkanaście (???) lat, przejechała o własnych siłach 20 km po czym rozsypała się w drobny mak – swoją drogą muszę to kiedyś opisać. Ale nie. To byłoby za proste. Te pojazdy były wyciągnięte bezpośrednio i własnoręcznie z krzaków (Junak) albo ze złomowiska (Jawa) i fakt że cokolwiek w nich jeszcze działało było cudem i bonusem, czymś ekstra, z czego należało się cieszyć.

Nie. Mój koszmar miał cztery koła (każde inne) i nosił szumną nazwę „Volkswagen Golf II”. Diesel. Ale aby należycie zrozumieć tę wstrząsającą i rzewną niczym „Pieśń o spustoszeniu Podola” historię, należy cofnąć się w czasie do wczesnych lat 90-tych XX wieku.

O przynależności Polski do Unii Europejskiej nikomu się nawet nie śniło (bo i jak) a nawet jeśli ktoś marzył to po cichu, nikomu o tym nawet nie wspominając, żeby nie uznano go za wariata i nie wysłano do Tworek albo innego Świecia na przymusowe leczenie. Kochany rząd (obojętne jaki) łoił swoich rodaków podatkami od sprowadzanych samochodów aż furczało. Zresztą, nie tylko od sprowadzanych. Dzięki odpowiednim manipulacjom stawkami podatków Fiat Cinquecento w salonie był droższy od Poloneza, co tylko potwierdza tezę, że ekonomia zalicza się do nauk humanistycznych a nie matematyczno – przyrodniczych. W takich to warunkach rodacy sprowadzali do kraju z tej Unii wszelki złom samochodowy jaki tylko udało się znaleźć na tamtejszych śmietnikach, „uzdatniając” go w kraju przy pomocy metod od których włosy stają dęba na głowie.

Ładnych parę lat później pożyczyłem człowiekowi z wąsami i w czapce z żółwia pewną, całkiem dużą wówczas, sumę pieniędzy. Trochę pochopnie, bo dopiero po niewczasie zorientowałem się, że odzyskanie tych pieniędzy może okazać się w praktyce trudniejsze niż odnalezienie bursztynowej komnaty i złotego pociągu razem, jednego dnia… I gdy już pogodziłem się ze świadomością, że gotówki mogę więcej nie ujrzeć, nieoczekiwanie zadzwonił dłużnik.

– Słuchaj, nie mam pieniędzy.

– A to mnie zaskoczyłeś…

– Pieniędzy nie mam ale mam za to samochód. Golfa. W „dizlu”. Dam ci go w rozliczeniu.

– No nie wiem…

– Niezawodny „Folkswagen w dizlu”, rozumiesz, tania i ekonomiczna jazda, rozumiesz…

Rozumiałem, chociaż nie do końca – czemu nie sprzeda samochodu i nie odda mi gotówki? Chociaż z drugiej strony pojazd, którym wówczas się poruszałem (nie powiem: „samochód”), czyli PF 126P, był w moim mniemaniu na wykończeniu i wydawało mi się, że koniecznie potrzebuję innego wozu. O naiwności…

– Jeździ toto chociaż?

– Jak to jeździ? A co ma nie jeździć?! Toż to GOLF! – zaperzył się mój rozmówca – i to jak jeździ! Do tego pali „czy” litry ropy, rozumiesz? „Czy” litry!

Jakoś nie chciało mi się wierzyć w te „czy” litry ropy, chociaż z drugiej strony nie miałem podstaw by tezę ową podważyć – bo w końcu nie powiedział na jakim to dystansie pali te „czy” litry. I czy te „czy” znaczy to samo co „trzy”. Czyli że kłamstwa nie mogę mu zarzucić. Niechby nawet palił i 6 litrów oleju napędowego na 100 km – to będzie i tak dużo taniej niż mój obecny wehikuł, były to bowiem czasy kiedy olej napędowy był dużo tańszy od benzyny. Na samą myśl o taaaakich oszczędnościach mój wewnętrzny, nieuświadomiony do tej pory wąsaty Janusz uśmiechnął się szeroko i szczerbato. Bo chyba każdy z nas nosi w sobie, gdzieś w tyle głowy, za najgłębszymi zwojami najprymitywniejszej ewolucyjnie części mózgu wąsatego Janusza, który właśnie w takich momentach wypełza na światło dzienne i kradnie nam rozsądek, chowając go do jednej z miliona kieszeni swej zapoconej wędkarskiej kamizelki, bez szans na rychłe odnalezienie.

Tak też się stało. Umówionego dnia dłużnik przyszedł do biura w którym wówczas pracowałem, z wypełnioną już umową. Podpisaliśmy, zostawił klucze i dokumenty na biurku sekretarki, pokazał przez okno gdzie zaparkował wóz i zniknął bez słowa. Nigdy więcej już go zresztą nie spotkałem.

W ten oto sposób stałem się (nieco mimowolnym) posiadaczem legendarnego samochodu. Owocem wielkiej miłości włoskich designerów i niemieckich inżynierów. Ten związek był jednak trójkątem, czego jednak w tamtym momencie nie wiedziałem. Tym trzecim tajemniczym kochankiem była „polska kultura i myśl techniczna” a ja jeszcze nie miałem świadomości, jak zaważy ona na całym związku.

Mocne

Być może do myślenia powinien mi dać pęk pięciu kluczyków do auta (PIĘĆ SZTUK), spiętych razem zardzewiałym kółkiem do breloka wielkości i ciężaru małego kowadła. Albo wyświechtany dowód rejestracyjny z pieczątką stacji diagnostycznej z najgorszego zad***a, mimo iż właściciel mieszkał w centrum jednego z największych miast w Polsce.

Późnym popołudniem postanowiłem pojechać swoim „nowym nabytkiem” do domu. Pierwsze wkurzenie (żeby nie użyć dosadniejszego słowa) – szukanie klucza pasującego do drzwi. Nie dość że każdy zamek w tym wehikule ma swój własny kluczyk (przednie drzwi lewe, przednie drzwi prawe, stacyjka, bagażnik i wlew paliwa), nie dość że są one identyczne, to jeszcze wkładki są tak powycierane że klucz należy włożyć pod odpowiednim kątem żeby móc otworzyć drzwi. Klnąc na czym świat stoi mocowałem się dobre 10 minut na parkingu przed firmą z zakichanym zamkiem w drzwiach, potem kolejne 10 ze stacyjką. Wewnętrzny Janusz schował się gdzieś ze strachu i nie wypełzł z kryjówki do dziś.

Rozejrzałem się po wnętrzu. Deska rozdzielcza wesoła niczym życie w radzieckim łagrze, wypierdziane do drutów fotele w kolorze rozwolnienia, arrasy na podsufitce, dziura po radiu ze zwisającymi smętnie kablami…

Próba odpalenia gruza dostarczyła przeżyć nieporównywalnych z niczym innym. Przekręcenie właściwego kluczyka w stacyjce spowodowało ogólny łomot w komorze silnika, pod podłogą, w bagażniku, deska rozdzielcza o mało co nie odpadła… Nie ma powodów do paniki, to tylko wybite do cna poduszki mocujące układ napędowy do resztek nadwozia plus zamocowany na sztywno wydech dają takie wibracje i odgłosy. Maszyna w końcu odpaliła, wyrzucając z siebie chmurę czarnego dymu, sadzy i popiołu jak z małego wulkanu, czyniąc zapewne podobne spustoszenie w środowisku oraz zmiany klimatyczne. Klekot silnika zagłusza myśli, deska rozdzielcza i resztki wyposażenia (nie ma tego wiele) od wibracji latają po całej kabinie, obraz przed oczami zaczyna się rozmywać, czuję że za chwilę pękną mi bębenki w uszach, dym z nieszczelnego układu wydechowego dostaje się do środka… Opuścić pokład, ratuj się kto może!

Auto jednak się nie rozpada. Wobec tego jedziemy. Nie tak szybko. Najpierw należy znaleźć bieg. A nie jest to proste. Mechanizm ma bowiem takie luzy, że jedynka odnajduje się niemalże w komorze silnika. Samochód w ogóle zresztą jest totalnie wyluzowany. Przy wyjeździe z parkingu zaskoczyłem się, jak lekko chodzi w nim kierownica. „Ki diabeł, ma toto wspomaganie?” To jednak nie było wspomaganie; kierownica chodziła ciężko niczym w Starze 25, a ta „lekkość” to tylko luzy na przekładni kierowniczej, wynoszące mniej więcej ¾ obrotu.

Pierwsze hamowanie przy wyjeździe na drogę główną uświadamia mi, że układ hamulcowy jest zapowietrzony do ostateczności a szczęki i okładziny prawie nie istnieją – za wyjątkiem przedniego prawego koła, gdyż to wokół niego wrak próbował wykonać piruet. Ruszam dalej, resztki sprzęgła wpadają w wibracje, samochód trzęsie się jakby miał się rozpaść, wydając z siebie potępieńcze jęki; koścista pani w ciemnym habicie z kosą, siedząca obok na prawym fotelu, zapina nerwowo pasy bezpieczeństwa. Nadaremnie; klamra nie trzyma i pas sam się rozpina – ale nie zwija.

Zawieszenie nie trzyma zbieżności w ogóle. Razem z całkowicie wybitymi amortyzatorami oraz luzami zawieszenia których suma równa się w przybliżeniu odległości stąd do centrum Radomia, skutkuje to całkowicie losowym torem jazdy wehikułu. Przekonuję się o tym na jednym z rond, na którym mam skręcić w lewo. Zaczynam powoli z lewego pasa… Pech chciał, że na łuku trzeba przejechać przez tory tramwajowe… Samochód podskakuje na nich tak, że mimo moich rozpaczliwych prób utrzymania toru jazdy kończę skręt na skrajnym prawym pasie (przy wściekłym akompaniamencie klaksonów i epitetów innych uczestników ruchu drogowego). Auto dosłownie przeleciało przez dwa pasy ruchu. Śmierć prosi, wręcz błaga, by wysadzić ją na najbliższym przystanku; dalej pojedzie sobie spokojnie tramwajem. Kilka nierówności na drodze wylotowej z miasta i znów samochód skacze jak piłka po całej szerokości jezdni… Jak on tym jeździł???

Jakimś cudem wyjeżdżam za miasto. Zauważam że prędkościomierz działa tu zupełnie inaczej niż w znanych mi do tej pory pojazdach. Otóż nie wskazuje on konkretnej ani nawet przybliżonej wartości w kilometrach czy milach na godzinę. Ten egzemplarz pokazuje przedział, w którym mieści się dana wartość prędkości. W tym przypadku przedział (otwarty) zawiera się gdzieś w granicach 20 – 80 km/h, wskazówka szybkościomierza skacze bowiem jak porąbana pomiędzy tymi wartościami. Niezależnie od prędkości.

Zapada zmrok, pora zatem włączyć światła. W tym miejscu czuję się w obowiązku dać pewne małe wyjaśnienie dla młodszych czytelników: otóż w zamierzchłych czasach świateł używało się inaczej niż dziś. Włączało się je kiedy zapadał zmrok i wyłączało w dzień. Prawda że zupełnie bez sensu? No więc zgodnie z ówczesną modą włączam światła; wyłącznik znajduje się we właściwym sobie miejscu, nawet chyba jest oryginalny, co jest pierwszym pozytywnym zaskoczeniem podczas tej podróży. Przekręcam pstryczek… i nic. Deska rozdzielcza pozostaje ciemna jak umysł religijnego fanatyka. Ale światła działają, o czym nie omieszkają się informować mnie kierowcy nadjeżdżający z przeciwnego kierunku, błyskając wściekle światłami drogowymi, trąbiąc i klnąc.

Pora wjechać na drogę ekspresową. Tak, byłem szczęściarzem i miałem wówczas do dyspozycji takową, chyba nawet całe 24 km. Jedną z bodajże dwóch na całą Polskę. Wjeżdżam na pas włączania, redukcja biegu (znalazł się nawet szybko, bo już za trzecim razem), pedał w podłogę i ogień… Ogień? Jaki ogień? Poza jeszcze większym natężeniem hałasu (możliwe to?) nie dzieje się nic. Diesel bez turbo przyspiesza jak tankowiec; tektonika płyt kontynentalnych jest przy tych przyspieszeniach okamgnieniem. Za samochodem chmura dymu jak z Wezuwiusza a ten kloc nie może nabrać prędkości. Mam wrażenie że z większą prędkością wędruje rdza po jego karoserii (to zresztą okazało się prawdą). Jakoś wczłapaliśmy się na tą ekspresówkę. Potem zjazd na drogę lokalną i silnik gaśnie. Na amen. Zero reakcji. Nic. Światła też szlag trafił. Noc w lesie. Nie ma prądu. Przy zapalniczce grzebię przy instalacji elektrycznej, może prąd wróci. Wrócił. Ale akumulator zdążył się rozładować na tyle, że nie ma szans na zakręcenie rozrusznikiem. Pozostaje palenie diesla na pych. Diesla! I to szybko, póki złom jeszcze ciepły. Próba pierwsza, piąta a także siódma nieudane. Potykam się o własny język, płuca na wierzchu, w ustach Sahara. Ostatnia próba, na więcej nie mam sił. Trup zaskakuje. Piłuję złoma ile wlezie. Już go nienawidzę. O dziwo samochód dojeżdża bez przeszkód pod dom. Na wszelki wypadek parkuję go na wzniesieniu. Strzeżonego… wiadomo.

Następnego dnia rano robię przegląd „nabytku”, po którym dochodzę do wniosku że chyba lepiej było stracić te pieniądze niż zostać obdarowanym tym Golfem. Auto z zewnątrz pomalowane było na kolor bordowy, mocno zbliżony do minii. Prawdopodobnie wałkiem. Ale tylko z zewnątrz. Wewnątrz nikt się nie silił nawet na zachowanie pozorów, dzięki czemu drzwi zachowały swój oryginalny kolor – każde inny. Po części wyjaśniało to obecność aż pięciu kluczyków. Zamek w prawych drzwiach nie działał zupełnie, zamiast oryginalnego zamknięcia zbiornika paliwa był plastikowy korek od jakiejś beczki… Tym sposobem zredukowałem liczbę kluczyków do trzech, znakując je podkradzionymi dziewczynie lakierami do paznokci. Jedna rzecz opanowana. Rozpiera mnie duma. Ale to dopiero początek.

Instalacja elektryczna przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Na zaizolowanie porwanych i poskręcanych chamsko przewodów ktoś zużył całe kilometry plastra i starej szmacianej taśmy izolacyjnej – tak, tej co się sama rozkleja, produkując zwarcia i przebicia oraz gustowne firanki z postrzępionych końcówek… To tak od strony estetycznej. Stacyjka za to była podłączona – tu zdziwienie – na kostkę, piękną, białą, gustowną, porcelanową… wprost z babcinego żyrandola. Dżizus Krajzler… Pod silnikiem oczywiście przepiękne, czarne jezioro z oczkami jak w rosole, takie z metr na metr. Na te oczka nie zwróciłem wówczas uwagi i to był błąd. Ze skrzyni za to nie ciekło – bo już nie miało co cieknąć. Po prostu nie było oleju. Uszedł całkiem przez mgliste wspomnienie po uszczelniaczach.

Uzupełniłem olej i w drogę, do roboty. Pech (a może i szczęście) chciał, że trafiłem na jakiś kondukt czy inną pielgrzymkę. Niby nic ale spod maski poszły nagle kłęby pary. Zatrzymałem trupa na poboczu i myślę, co teraz? Wskaźnik temperatury pokazuje normę; później okazało się że zawsze pokazuje normę bo jest uszkodzony i wskazówka nie może się dalej wychylić. A powinna. Wentylator na chłodnicy nie działa. Silniczek wentylatora zatarty na amen. Obrócić łopatkami można by było chyba razem z chłodnicą, która jest pogięta i połatana artystycznie we wszystkich możliwych miejscach. W związku z tym ktoś „naprawił” usterkę i wybebeszył termostat, który teraz był zawsze w pozycji „otwarty”, dzięki czemu ogrzewania też nie było. Zresztą, nagrzewnica była odłączona od układu bo ciekła, do czego doszedłem po pewnym czasie. Silnik okazał się być ugotowany na twardo już wcześniej i planowanie głowicy nic by nie pomogło, bowiem pękł także blok… Shit happens…

Za to szyberdach działał. Dawał się nawet uchylić, co poprawiło mi humor. Przynajmniej do pierwszego deszczu, podczas którego sprawił mi prawdziwy prysznic. Druga wezbrana rzeka polała się z podszybia, trzecia przez bagażnik. To tłumaczyło poniekąd niemal zupełny zanik podłogi oraz ogólną sztywność nadwozia na poziomie kartki papieru, objawiającej się na przykład niemożnością zamknięcia klapy bagażnika w sytuacji, gdy auto nie stało na równym podłożu.

Czując się przygniecionym, wręcz zmiażdżonym taką masą usterek w jednym samochodzie (to oczywiście nie było wszystko), postanowiłem złoma sprzedać. Mając jednak na uwadze jego prowadzenie się – a może lepiej powiedzieć: brak prowadzenia, lojalnie nadmieniłem że auto jest uszkodzone chociaż (jeszcze) jeździ i nadaje się tylko na dawcę części (ciekawe jakich?), ewentualnie do kapitalnego remontu – to opcja adresowana do odważnych i wytrwałych. Albo pozbawionych instynktu samozachowawczego.

ogloszenia

Dałem ogłoszenie do lokalnej gazety z ogłoszeniami („olx”, „tablica” ani nawet „alledrogo” jeszcze wówczas nie istniały; to informacja dla najmłodszych). Jak można było się spodziewać, rozdzwonił się telefon. Ale zamiast normalnych kupców zwaliły mi się na głowę tabuny cwaniaczków – handlarzy, którzy zlecieli się jak muchy mięsne do padliny – jakże trafne porównanie.

– Chłopak, daje „stopindzisiont” i biere, pisz „umowe”, nie mam czasu!

– „Stoosiemdzisiont”, ostatnie słowo, albo jadę do domu.

To jedź. Złoma oczywiście nie sprzedałem. Uznałem że trzeba podejść do tematu inaczej, tym bardziej że w międzyczasie zmieniła się sytuacja.

Ale o tym przy kolejnym piwku.

CDN

Reklamy

4 comments

  1. Ach, więc tak to było… No, to mój golf jednak prezentował się nieco lepiej na starcie naszej znajomości, stąd pewnie łatwiej przyszło mi pokochać go miłością ślepą (na comiesięczne wydatki na mechaników) i bezwarunkową. Chociaż też miałam pęk kluczyków :D, ale bodajże 4, a pierwsze kilometry (co najmniej 600…) pokonałam, podobnie jak Ty, z nie-zbieżnością i kierownicą trochę na bok, choć na wprost 😉 Jednak mimo mnogości napraw, Twojej listy bym nie przelicytowała, a ponadto zawsze dowiózł mnie do domu… No i 1.3 benzyna 😉 Złego słowa nie powiem 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. To auto jechało we wszystkich kierunkach na raz i do samego końca naszej znajomości. Oraz zapewne do końca swych dni. Dlaczego? O tym napiszę później, bo to jeszcze nie koniec historii. Golf tak szybko wcale nie zamierzał mnie opuścić 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s