Luksemburg

Motocykl po podróży odpoczywa w garażu. Zbiera siły na jutro. Ja również. Garaż należy do moich niemieckich znajomych, państwa G.

Za oknem zapada zmrok. Siedzimy wspólnie przy kolacji w ich kuchni. Anne ma w niej przepiękne, prawie stupięćdziesięcioletnie meble, odziedziczone po babci. Babcia odziedziczyła je po swojej babci. Anne też przekaże je dalej. Te meble to historia. Historia rodziny, ale nie tylko.

Ciężki, dębowy kredens cieszy oko kryształowymi szybkami w pięknie rzeźbionych, drewnianych ramkach. Jedna z kryształowych szybek zastąpiona jest zwykłym szkłem, a ozdobna ramka utrącona. Gruba deska, tworząca tylną ścianę kredensu, ma wyraźny, okrągły otwór.

– Pamiątka po Drugiej Wojnie Światowej – mówi Anne. – To zabłąkana amerykańska kula. Jest tam do dziś. Pamiątka i przestroga.

Kolacja klasyczna, niemiecka. Wszystko na zimno. Ale za to atmosfera bardzo ciepła. Mąż Anne, zapalony motocyklista, wspomina swoją wyprawę życia – grubo ponad 20 lat temu, razem z czterema kolegami pojechali motocyklami do Malagi. Mój stary motocykl, chociaż mało przypomina „betoniarkę” jaką jeździł wówczas Pan G., nakłonił Go do zwierzeń. Słucham z zainteresowaniem opowieści z innego świata, innej rzeczywistości. My mieliśmy siermiężny komunizm i kryzys pełną gębą, a tymczasem po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”… Dobrze, że to już minęło.

Obiecuję sobie, że spróbuję kiedyś przy kolejnej wizycie spisać te Jego wspomnienia. A ma co wspominać. Opowiada też bardzo ciekawie. Tylko czy będę umiał zachować ten klimat przy przekładzie?

Następnego dnia, wcześnie rano żegnam się ze swoimi Przyjaciółmi. Szary, mglisty i zimny poranek. No cóż, to dopiero początek marca. Temperatura po nocy jest nieco na minusie, ale, jak zapewniał mnie mój gospodarz, w ciągu dnia się ociepli. Trochę.

Przed wyjazdem dokonuję jeszcze wymiany świec zapłonowych na nowe. Stare miały już prawie 15 000 km przebiegu. Miejsce „Japończyków” zajmują produkty „niemieckie”, podobno dedykowane właśnie motocyklom. Trochę tylko mało przekonywujący jest napis „Made in India” na cokoliku… Cóż począć; drugie oblicze globalizacji…

W garażu na szczęście było w miarę ciepło i stary silnik nie dał się długo prosić. Po kolejnym naciśnięciu startera czuję lekkie, charakterystyczne „odbicie”, po następnym rozlega się po okolicy miarowy bulgot dużego dwusuwa. Na początku jego praca jest trochę nerwowa, jednak szybkie wyłączenie „ssania” powoduje uspokojenie pracy. Jeszcze tylko włączyć światła, ostatnie pożegnanie z Panem G., zamknięcie kasku i można ruszać.

Silnik powoli się rozgrzewa, coraz lepiej reaguje na podniesienie przepustnicy. Teraz czuję, że stare świece były jednak już wypracowane, chociaż nie widać na nich żadnych uszkodzeń. Tętno silnika jest jakby mocniejsze, pełniejsze. Ciężko to opisać, ale zmianę się czuje. Stare świece trzymam jednak w schowku – tak „na wsiakij słuczaj”. Działały, więc awaryjnie jeszcze mogą pociągnąć, gdyby nowym się coś stało. Ze świecami nigdy nic nie wiadomo.

Krajobrazy piękne – góry. Czy może być coś piękniejszego? Chyba tylko góry nad samym morzem. Dla mnie, człowieka urodzonego na płaskim Mazowszu, który 1/3 życia spędził na Kujawach, każdy wypad w góry jest niezapomnianym przeżyciem.

I wszystko byłoby piękne, gdyby nie pewien niewielki, ale jednak poważny dyskomfort. Otóż wczoraj zniszczyła mi się prawa rękawica i strasznie zimno mi w dłoń. Nic się nie stało specjalnego; po prostu rozeszła się ze starości przy szwie. W sumie, z racji wieku i przebytych kilometrów, miała pełne prawo. Doraźnie ratuję się przed odmrożeniem ręki, owijając uszkodzoną rękawicę pokrowcem od kasku. Mam wrażenie, że w jakimś stopniu to pomaga. Pewnie efekt placebo.

Jednak sposób ten okazuje się być niewygodny i niebezpieczny – ciężko operować gazem i hamulcem. Wobec tego, próbuję innego patentu – podczas tankowania zakładam foliową rękawiczkę, które wiszą przy dystrybutorze, pod uszkodzoną, skórzaną rękawicę. Kiedyś, na jakimś forum internetowym, wyczytałem taką radę na marznące dłonie. Według jej autora miała być genialna.

Efekt mizerny. Operować gazem i hamulcem teoretycznie już da się, jednak tylko teoretycznie. Komfort termiczny pozostawia tak dużo do życzenia, że ręka na manetce bardzo szybko zaczyna drętwieć i cierpnąć i w praktyce obsługa przepustnicy i hamulca daleko odbiega od poziomu, który przy odrobinie dobrej woli można by uznać za bezpieczny. Być może forumowa rada była dobra, jednak przy założeniu, że ma się całe rękawice, a nie pół ręki na wierzchu.

Teraz zaczynam się na serio zastanawiać, dlaczego to nie doposażyłem sobie motocykla w grzane manetki.

Odpowiadam sam sobie brutalnie, prosto i szczerze: „Bo twierdziłeś, że „twardy motocyklista”, za jakiego się uważasz, obejdzie się bez takich udogodnień. Więc teraz zaciśnij zęby i cierp!”.

Dodatkowo widok zegarów, na których Dziadek Mróz wymalował piękne kwiaty, potęguje uczucie chłodu. Przy okazji stały się one mocno nieczytelne. Chyba Pan G. miał nieco wilgotno w garażu. Małe żaróweczki od podświetlenia wskaźników nie są w stanie wyprodukować tyle ciepła, aby szron zszedł z szybek.

Nie ma rady. Tak jak radził Pan G., należy koniecznie odwiedzić specjalistyczny sklep. Adresy mam dwa, największych i najbardziej konkurujących ze sobą sieci sklepów z wyposażeniem dla motocyklistów w Niemczech.

Odwiedzam oba. Udaje mi się kupić dobre rękawice w rewelacyjnej cenie w jednym z nich i parę drobiazgów w drugim. Oba nagradzają mnie kartami stałego klienta – jak widać, walka o klienta trwa.

Przy kluczykach od motocykla dodatkowo zawieszono mi malutki breloczek w kształcie karty. Jest to w istocie karta stałego klienta, którą, tym sposobem ma się zawsze przy sobie, oraz – pomoc w razie zgubienia kluczy. Na karcie znajduje się instrukcja, aby znalazca wrzucił kluczyki do skrzynki pocztowej albo oddał je w najbliższym sklepie – salonie. Zostaną one odesłanie bezpłatnie właścicielowi, którego adres zostanie ustalony według numeru karty. Sprytne!

Powoli, kilometr za kilometrem, zmierzam w kierunku Schengen. Trasa jest zupełnie inna niż rok temu, jednak nie mniej urzekająca. Tutaj także są niewysokie góry, pod które motocykl wdrapuje się z mozołem, czasem z koniecznością redukcji do trzeciego biegu. Są również urokliwe wioski, z domkami ściśniętymi do granic możliwości w kupie, z obowiązkową studnią lub fontanną w centrum, wyposażoną zwykle w kamienne koryto, gdzie dawnymi czasy strudzony podróżny mógł napoić swe konie…

Nowe rękawice sprawdzają się świetnie. Już nie myślę nawet o grzanych manetkach. Zastanawia mnie tylko, czy latem nie okażą się za ciepłe i czy nie będzie konieczny zakup innych rękawic. Czas pokaże.

I tak, podróżując niespiesznie drogą wzdłuż autostrady, docieram na przedmieścia Schengen. W oddali widać już most na rzece Mosel, środkiem której przebiega granica pomiędzy Niemcami a Luxemburgiem.

DSC_2891

Dla mnie rzeka Mosel i granica między Niemcami a Luxemburgiem to jest swoisty Rubikon. Po jego przekroczeniu już nic nie jest takie samo. Zniknęły lęki i obawy. Kiedy rok czy dwa lata temu zwierzyłem się kolegom ze swoich planów wyjazdu „w Europę” na starym demoludzie, większość stanowczo mi je odradzała. Kilku nawet się podśmiewało, z przyczyn technicznych gdzie to niby miałaby się skończyć moja podróż. Oczywiście, żaden z czarnych scenariuszy się nie sprawdził. Kiedy pierwszy raz przekroczyłem granicę na rzece Mosel, kamień spadł mi z serca. Zniknęły lęki i obawy o to, co może stać się z motocyklem. Bo i co może się stać? Rama się złamie? Raczej nie. Co więc? Usterka? Awaria? Takie rzeczy mogą zdarzyć się zawsze i w każdej maszynie. Na to nie ma reguły.

Motocykl pruje przed siebie, zostawiając za sobą delikatne, ledwo zauważalnie chmurki spalin z potężnych rur wydechowych. Dudnienie silnika niesie się po okolicy. Świst wiatru. Coś pięknego. Dla takich chwil warto żyć.

Motocykl wjeżdża na most na rzece Mosel. W połowie mostu znajduje się granica państwa. Sekunda – i już jestem za granicą. Jakie to proste. Gdzie się podziały dawne kontrole drogowe, rewizje bagaży…

DSC_2892

A za mostem… stoją dwa radiowozy. Zaraz zaraz, tego w planie nie było… Blokada drogi. Odruchowo zwalniam. Czyżby w Schengen nastąpił koniec Strefy Schengen? Jednak luksemburscy policjanci kiwają mi, abym jechał dalej. Czekają widać na kogoś innego. Ogólnie, mimo iż byłem w tym kraju kilkakrotnie, pierwszy raz widzę funkcjonariuszy Policji. To jest coś zupełnie niespotykanego.

DSC_2908

Zaraz za mostem granicznym zjeżdżam w prawo. Później droga prowadzi mnie ślimakiem pod mostem, wzdłuż rzeki.

To właśnie tutaj podpisano porozumienie znoszące kontrole osób przekraczających granicę pomiędzy państwami członkowskimi układu.

W zamian wzmocniono jednak wzajemną politykę bezpieczeństwa oraz współpracę w kwestii polityki azylowej. No tak, nie ma nic za darmo. Porozumienie to zawarto właśnie w Schengen (a w zasadzie na statku Princesse Marie Astrid  na rzece Mosel), w dniu 14 czerwca 1985 roku. Wcześniej było porozumienie pomiędzy RFN a Francją podpisane w Saarbrücken 13 lipca 1984 roku, które ułatwiało przekraczanie wspólnej granicy własnym obywatelom.

Od 1986 roku porozumienie z Schengen wprowadziło kontrolę wzrokową pojazdów przekraczających granicę, aby w 1995 znieść kontrole graniczne całkowicie. Stopniowo do porozumienia dołączały inne państwa, aż wreszcie w 2007 roku dołączyła także Polska.

Do układu z Schengen należą obecnie 22 państwa UE, Islandia i Norwegia (Związek Paszportowy Krajów Nordyckich) oraz Lichtenstein i Szwajcaria (stowarzyszone z grupą Schengen).

Wydarzenie to upamiętnia pomnik:

DSC_2937

Więcej można dowiedzieć się w Muzeum Strefy Schengen:

DSC_3382

Przed Muzeum:

DSC_3384

Na placu przed Muzeum Strefy Schengen znalazł swoje miejsce kawałek muru berlińskiego:

DSC_3392

Był to chyba najbardziej znany symbol zimnej wojny, podziału Niemiec i europy na dwa, wzajemnie wrogie sobie obozy.

W komunistycznej nowomowie oficjalnie zwany był „antyfaszystowskim wałem ochronnym” (antifaschistischer Schutzwall), pod którą to nazwą władze NRD i ZSRR próbowały zakamuflować jego prawdziwe przeznaczenie, którym było uniemożliwienie ucieczki na Zachód obywatelom „krajów demokracji ludowej”. Granica pomiędzy NRD a RFN była dobrze strzeżona, z wyjątkiem odcinka 156 kilometrów, oddzielającego właśnie Berlin Wschodni od Zachodniego. Odcinka tego nie sposób było zabezpieczyć, ponieważ przebiegał w trudnym terenie miejskim. W latach 1949 – 1961 opuściło NRD około 2,6 miliona osób, prawie 50 000 wyemigrowało tylko w pierwszych 2 tygodniach sierpnia 1961 roku! Uciekali nie tylko obywatele DDR. Również dla Polaków i Czechów była to ostatnia brama na Zachód.

Władze komunistycznej NRD postanowiły to ukrócić. Przy pełnej aprobacie Moskwy postanowiono użyć radykalnych i drastycznych środków. W najgłębszej tajemnicy przystąpiono do planowania operacji budowy muru.

Zachodnie mocarstwa, dzięki pracy wywiadu, wiedziały co nieco o tych zamiarach. 15 czerwca 1961 roku przewodniczący Rady Państwa NRD, zapytany przez zachodnioniemiecką dziennikarkę o plany uszczelnienia granicy między Berlinem Wschodnim a Zachodnim, kategorycznie zaprzeczał aby istniał taki zamiar – ale w swojej wypowiedzi użył słowa „mur”.

W nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 roku, a więc po niecałych dwóch miesiącach od zapewnień Przewodniczącego Rady Państwa NRD, że nie ma żadnych planów budowy muru, prawie 15 000 funkcjonariuszy Policji Granicznej, Ludowej, Ochronnej, wspomagane przez NRD-owskie odpowiedniki ZOMO, rozpoczęło blokadę ulic i torów biegnących do Berlina Zachodniego. Zablokowano stacje metra; pociągi z Berlina Zachodniego co prawda przejeżdżały tunelami po stronie wschodniej, ale niemożliwe było tam wysiadanie i wsiadanie. Zablokowane stacje zyskały miano „Stacji – widm”.

Rozmach i szybkość operacji zaskoczyły wszystkich. Nie tylko aliantów. Zaskoczone zostały też NRD-owskie koleje, których pociągi pozostały na noc na stacji Teltow w Berlinie Zachodnim. Podczas budowy muru tory przerwano, unieruchamiając składy po zachodniej stronie.

Oczywiście, mur nie powstał jednego dnia. Pierwsze dni to blokada przejść pomiędzy strefami, budowa płotów, zamurowywanie wejść do budynków znajdujących się na granicy. Później zamurowywano także okna, aż w końcu pechowe domy wyburzono.

Z osób budujących i pilnujących budowy muru berlińskiego do Berlina Zachodniego uciekło 85 osób. W trakcie budowy zanotowano także ponad 200 udanych prób ucieczki. Od 1961 do 1989 roku zorganizowano 5075 udanych ucieczek do Berlina Zachodniego lub RFN, w tym 574 dezercje.

Jednak nie wszystkim dopisało szczęście. Udowodniono niezbicie 86 ofiar śmiertelnych, ich całkowitą liczbę szacuje się, według różnych źródeł, na około 240 – 260. Prawie 75 000 osób stanęło przed sądami NRD oskarżonych o usiłowanie ucieczki, za co groziła kara długoletniego więzienia.

Sam mur upadł 9 listopada 1989 roku.

Samo Schengen to w zasadzie duża wioska. Do jej najcenniejszych zabytków należy Zamek w Schengen:

DSC_3386

Zamek w stylu renesansowym jest stosunkowo młody, bo z 1812 roku. Niemniej urokliwy.

DSC_2924

DSC_2930

Obecnie mieści się w nim hotel.

Oprócz tego, w Schengen zobaczyć można stary kościółek z kamiennych ciosów, położony na dość wysokiej i stromej skale i centrum, ze zwartą zabudową złożoną z jedno i dwupiętrowych domków ciasno przylegających do siebie. Podstawowy materiał budowlany to oczywiście kamień, wydobywany tu na miejscu. Głównie czerwony piaskowiec, czasem łupki.

I to w zasadzie byłoby tyle. Rzuca się w oczy cała masa dużych stacji benzynowych. W czasie swojej krótkiej wycieczki naliczyłem ich tutaj siedem, choć to pewnie i tak jeszcze nie wszystkie…Mocno kontrastuje to z przygranicznymi regionami Niemiec, gdzie stacji paliw jest jak na lekarstwo i czasem naprawdę można osuszyć bak nieomal do ostatniej kropli benzyny zanim trafi się kolejna okazja, aby zatankować.

Rzut oka na ceny paliw wyjaśnia wszystko. Benzyna jest tutaj tańsza niż w Niemczech. Mało tego – po przeliczeniu Euro na złotówki wychodzi nawet taniej niż w Polsce! Wygląda na to, że w tym „równaniu cen do Unijnych” przegoniliśmy już zachód…

Zatrzymuję się na jednej ze stacji; tej samej co w zeszłym roku. O tej porze dnia klientów jest raczej niewielu. Kilku przygląda się ciekawie, widząc stary, oszroniony motocykl z „egzotyczną” tablica rejestracyjną. Luksemburczycy, podobnie jak Niemcy, lubią motocykle.

Oczywiście, przy ich sile nabywczej, to „lubienie” przekłada się na zupełnie inny sprzęt niż nasz. Inna sytuacja gospodarcza, inne możliwości. To dlatego czasopisma zachodnie w dużej mierze składają się z wielostronicowych testów nowych motocykli, bezmyślnie przedrukowywanych u nas. „Bo my już mamy tak, jak na zachodzie”. Teoretycznie tak, praktycznie dzieli nas przepaść, czy to się komuś podoba, czy nie. Mamy inne uwarunkowania, inną sytuację gospodarczą spowodowaną odmienną historią i inną siłę nabywczą. Nie jesteśmy tacy jak Oni i jeszcze długo nie będziemy. Choćbyśmy nie wiem jak zaklinali rzeczywistość. W gazecie test motocykla na 30 stron, cena – bagatelka 50 tysięcy, a później raport sprzedaży, gdzie okazuje się, że przez rok nie sprzedano nawet jednego egzemplarza testowanej maszyny…

Wewnątrz budynku stacji paliw jest dla mnie stanowczo za ciepło, więc wychodzę z gorącą kawą na zewnątrz. Po lewej leniwie płynie w swoim korycie rzeka Mosel, środkiem której przebiega granica pomiędzy Niemcami a Luksemburgiem. Mimo że jest stosunkowo niewielka, nieprzerwanie pływają po niej ogromne barki i statki. Po prawej – stroma, niemal pionowa ściana skalna – brzeg doliny Moseli. Górą, hen wysoko nade mną, na potężnych betonowych wiaduktach, przebiega autostrada. Już nią jechałem w zeszłym roku i wiem, że zaraz za wiaduktami wpada ona do długiego, ponad dwukilometrowego tunelu wydrążonego w litej skale.

Kilku klientów stacji stoi obok mego motocykla, zawzięcie dyskutując. Co chwila dobiegają mnie strzępy rozmów, prowadzonych w języku francuskim i niemieckim.

Kiedyś kolega zapytał mnie, co mówią ludzie w Europie Zachodniej, widząc, że ktoś podróżuje na takim motocyklu.

Młodsi dość często mylą Jawę z MZ, wychodząc najwyraźniej z założenia, że każdy motocykl dwusuwowy wschodnioeuropejskiej produkcji musi być emzetką. Gdy się przyjrzą bliżej, zdziwienie wywołuje logo na zbiorniku i informacja, że motocykl jest konstrukcji czeskiej, a szok, że maszyna jest dwucylindrowa, gdyż nie podejrzewali że na wschodzie, oprócz singli będących mniej lub bardziej wiernymi kopiami przedwojennej DKW RT 125, produkowano także bardziej skomplikowane twiny.

Starsi, w wieku 50+, doskonale wiedzą, co za motocykl mają przed sobą. W latach 50 – 70, Jawy i CZ były znane na Zachodzie. Ich popularność skończyła się wraz nowymi normami emisji spalin i japońską ekspansją, jednak w niewielkich ilościach były sprzedawane w niektórych krajach jeszcze we wczesnych latach osiemdziesiątych XX wieku.

Wyjazd ze stacji paliw, według oznakowania, możliwy jest tylko w prawo. Jednak ja, aby dostać się na autostradę, muszę pojechać w lewo. Dosłownie sto metrów dzieli mnie od ślimaka, który, wspinając się po stromym urwisku, prowadzi aż na wiadukt, gdzie łączy się ze wspomnianą autostradą.

Ruch zerowy, więc postanawiam pojechać w lewo, łamiąc przepisy. Gdy mijam połowę skrzyżowania, dostrzegam biały motocykl zjeżdżający z „mojej” autostrady bliźniaczym ślimakiem. Kierowca ma czarną kurtkę i biały kask. Czyżby Policja? Mam aż takie „szczęście”?

Światła mi pasują, więc od razu wpadam na ślimaka. Po drugiej stronie barierki mijam zjeżdżający motocykl. A jakże, Policja. Tyle się człowiek naczytał i nasłuchał o bezwzględności zachodniej policji i wysokości mandatów… Teraz tylko pytanie: widział, co zrobiłem czy jednak nie dostrzegł mojego wykroczenia? I niby dlaczego miał nie widzieć, przecież z góry miał wszystko jak na dłoni. Jawa ciężko wspina się pod górę na trzecim biegu, prędkość w porywach do 50 km/h. Jednak dla mnie interesujące jest teraz to, co dzieje się z tyłu. Pytanie – czy policjant zawróci i pojedzie za mną, czy też da sobie spokój?

Kurczę, zawrócił, przejeżdżając po liniach ciągłych i teraz szybko wspina się za mną. A więc jednak… Przez kilka sekund, które zdają się być dla mnie wiecznością, policjant jedzie za mną. Po chwili przyspiesza, równa się ze mną… podnosi lewą rękę w geście powitania i przyspiesza, znikając za kolejnym zwojem wjazdu na autostradę.

Jadę osłupiały. Może czeka na mnie na górze? Bzdura, gdzie, na autostradzie? I pewnie jeszcze w tunelu? Jeśli chciałby mnie oskubać, jechałby za mną albo przede mną i kazał stanąć w pierwszym nadającym się do tego celu miejscu.

Na autostradzie, przed wjazdem do tunelu stoją dwa radiowozy, ustawione tak, że w każdej chwili mogą zamknąć wjazd. Przez chwilę jeszcze myślałem, że policjant na motocyklu zostawił mnie kolegom do oskubania, ale jednak okazało się, że nie. Wyraźnie czekali na kogoś innego, nie przejawiając żadnego niezdrowego zainteresowania moją osobą.

A więc to jest ta surowa, zachodnia policja? Jakiś czas później zwierzyłem się z tego Panu G. Rozbawiły go moje rozterki. „Wykroczenie niewielkie, pusta droga, brak zagrożenia, to i czemu miałby interweniować? Co innego, gdybyś zrobił to przy pełnym ruchu, wtedy by nie popuścił”. Przypomniała mi się sytuacja z Polski, gdy na pustej drodze, w szczerym polu, gdzie jak okiem sięgnąć nie było żadnych zabudowań, zostałem zatrzymany przez policję krzakową, ponieważ przekroczyłem prędkość o 12 km/h. Kosztowało mnie to 100 zł, cztery punkty karne i pół godziny wykładu o tym, że „prędkość zabija” i jakie to ja zagrożenie stwarzam na drodze. Tylko nie wyjaśniono mi, dla kogo.

Teraz to wszystko jest już nieważne. Motocykl śmiga cudowną autostradą, dudniąc basowo w długich tunelach wydrążonych wewnątrz gór, wpinając się ciężko pod strome wzniesienia lub zjeżdżając z nich metodą „na latawca” z prędkościami, które, według naszych propagandystów „bezpieczeństwa ruchu drogowego”, powinny mnie zabić. Kilka razy.

Infrastruktura drogowa tego malutkiego kraju, o liczbie ludności nie przekraczającej 475 000 osób, nie przestaje mnie zadziwiać. Jednak najlepsze zaczyna się dopiero przed samą stolicą państwa, Luksemburgiem. Autostrada prowadzi to wiaduktem, to tunelem, omijając w ten sposób całe dzielnice miasta. Wreszcie nawigacja kieruje mnie na właściwy zjazd, prowadzący do centrum.

Za moment powstania Luksemburga przyjmuje się rok 963, gdy tutejszy rycerz Zygfryd zakupił od opactwa w Trewirze niewielki zamek znajdujący się wówczas na starej, rzymskiej drodze z Trewiru do Reims, chociaż w rzeczywistości jeszcze w czasach rzymskich znajdowała się tu osada, położona w prowincji Belgica.

Na skale zwanej Bock Zygfryd zbudował nowy zamek, wokół którego rozrosła się osada miejska – zalążek dzisiejszego miasta Luksemburga. Zygfryda uważa się za pierwszego hrabiego Luksemburga, chociaż sam tego tytułu nie używał i pewnie mu nawet przez myśl nie przeszło że stworzył zalążek przyszłego państwa.

Osada otrzymała prawa miejskie w 1244 roku. Ponieważ znajdowało się w strategicznym miejscu, było silnie ufortyfikowane, co jednak nie uchroniło go przed wielokrotnym zajmowaniem przez obce wojska i zniszczeniami.

I tak w 1443 roku Filip Dobry, książę burgundzki, zajmuje miasto. Aż do śmierci Marii Burgundzkiej w 1482 roku trwają rządy Burgundii. Od 1482 roku nad miastem przejmują władzę hiszpańscy Habsburgowie. W 1542 i ponownie w 1543 roku miasto najeżdża Franciszek I Walezjusz. Zupełnemu zniszczeniu ulega stary, rodowy zamek Luksemburgów. Wkrótce jednak hiszpańscy Habsburgowie znów zajmują miasto. W 1684 roku miasto zajmują Francuzi, otaczając je systemem nowoczesnych fortyfikacji. W 1697 roku Luksemburg wraca w ręce Hiszpanów, by wkrótce przejść pod władanie Austrii. Podczas Rewolucji Francuskiej miasto dwukrotnie zajmują Francuzi. Francuski inżynier Lazare Carnot stwierdził wówczas, że od twierdzy Luksemburg lepsza jest tylko twierdza Gibraltar, w związku z czym zaczęto nazywać Luksemburg „Gibraltarem Północy”.

Od 1815 roku w Luksemburgu stacjonował pruski garnizon, który opuścił miasto dopiero w 1867 roku. Aż szesnaście lat trwała rozbiórka potężnych umocnień i fortyfikacji Twierdzy Luksemburg.

Podczas I wojny światowej, mimo ogłoszonej neutralności, już 2 sierpnia 1914 roku miasto zostaje zajęte przez Niemców, którzy lokują tu swój sztab.

W czasie II wojny światowej Luksemburg zostaje zajęty i przyłączony do III Rzeszy jako część „Wielkich Niemiec”. Wyzwolony przez wojska amerykańskie 10 września 1944 roku.

Jednak nie oznaczało to końca wojny. Od 30 grudnia 1944 roku do 22 lutego 1945 roku było ostrzeliwane z Lampaden w okolicach Trewiru przy pomocy dwóch dział V3 o długości luf około 45 metrów (te, które przeznaczono do ostrzału Londynu miały długość luf ponad 120 metrów).

Ogółem z Lampaden wystrzelono na Luksemburg około 183 pocisków (odległość 43 kilometry), które spowodowały śmierć 10 cywilów i raniły kolejnych 35. Obydwa działa V3 (Vergeltungswaffe 3, czyli Broń Odwetowa 3) wpadły zresztą w ręce amerykanów wkrótce powystrzelaniu ostatniego pocisku.

Zasadniczo, do centrum trafić można i bez nawigacji. Na każdym pasie ruchu przed skrzyżowaniem jest wyraźnie napisane, dokąd prowadzi. Często także przed skrzyżowaniami, odpowiednio wcześniej, pojawiają się informacje umożliwiające odpowiednio wczesne zajęcie pasa.

DSC_3393

Jest to ważne. Ruch w mieście Luksemburg jest duży i odbywa się bardzo dynamicznie, jednak nie ma on nic wspólnego z nerwowością czy łamaniem przepisów. Ot, po prostu, wszyscy jadą w granicach prędkości dopuszczalnej, zmiany pasa odbywają się szybko i dynamicznie, a kierowcy wykorzystują w tym celu niemal każdą nadarzającą się sposobność. Inna sprawa, że pozostali uczestnicy ruchu im to umożliwiają i nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, aby komuś manewry utrudniać. Żyj i daj żyć innym. Po kilku minutach przyzwyczajam się do tego stylu jazdy i tak jak pozostali, sunę w tym potoku pojazdów, pozostawiając tylko nieco większy odstęp od samochodu poprzedzającego z uwagi na niedzisiejsze hamulce, w które to niestety mój motocykl został wyposażony. A styl jazdy tutejszych kierowców wymusza nader częste ich użycie. Biedne, stare okładziny…

DSC_3394

„Mir wëlle bleiwe wat mir sin” (Chcemy pozostać tym, czym jesteśmy – dewiza Luksemburczyków)

Parkuję, tak jak rok wcześniej, na Placu Konstytucji. Tym razem nie ma na nim tłumów turystów. Mogę pozwolić sobie nawet na zrobienie motocyklowi zdjęcia na tle pomnika Gëlle Fra (po luksembursku oznacza to „Złota Dama” albo „Złota Pani”).

DSC_3397

Ta 21 metrowa kolumna zwieńczona brązową, pozłacaną statuą jest chyba najbardziej znanym symbolem Luksemburga. Pomnik autorstwa Clausa Cito zbudowano w 1923 roku dla upamiętnienia niemal 4 tysięcy Luksemburczyków, którzy wstąpili podczas I wojny światowej ochotniczo do armii francuskiej – sam Luksemburg był w tym czasie pod okupacją niemiecką. Ponad połowa z nich poległa, co symbolizują dwie figury u podstawy kolumny. Jedna to leżący martwy żołnierz, druga – pozostały towarzysz w żałobie.

Jednak najważniejsza figura znajduje się na szczycie kolumny. Jest to pozłacana kobieca figura z brązu, stylizowana na Valkirię. Modelka, która pozowała, pozostaje nieznana.

DSC_3398

Te cztery tysiące żołnierzy – ochotników z naszej perspektywy może wydawać się liczbą niewielką. Jednak zważywszy na ogólną liczbę mieszkańców tego państewka oznacza to, że niemal w każdej luksemburskiej rodzinie był ktoś, kto walczył na wojnie.

Pomnik oczywiście został zniszczony przez nazistów w październiku 1940 roku, jednak część jego elementów udało się uratować. Ostatecznie zrekonstruowano go dopiero w 1984 roku.

Z historią II wojny światowej związane jest jedno z najważniejszych świąt Luksemburga – Dzień Pamięci Narodowej, obchodzony w pierwszą niedzielę po 10 października.

Nie bardzo mogąc poradzić sobie z antynazistowskim oporem na okupowanym terytorium Luksemburga, niemieccy propagandziści postanowili przeprowadzić coś w rodzaju spisu powszechnego, aby uzmysłowić Luksemburczykom, jak bardzo są Niemcami.

10 października 1941 roku Luksemburczycy dostali do wypełnienia ankietę, w której mieli odpowiedzieć na pytania o charakterze statystycznym. Wśród nich były ukryte 3 pytania specjalne, odnoszące się do tożsamości narodowej. I tak, pytanie 5 odnosiło się do posiadanego obywatelstwa (Luksemburg był w tym czasie włączony do Rzeszy jako część tzw. Wielkich Niemiec), zaś pytania 7 i 8 dotyczyły języka ojczystego oraz narodowości, a objaśnienia do pytań mówiły wyraźnie, że nie należy wpisywać dialektów, przy czym język luksemburski wymieniony był właśnie jako przykład dialektu. Tak samo, w przypadku narodowości – zastrzeżono, że grupy etniczne nie są tożsame z narodowością, a jako przykład grupy etnicznej wymieniono – a jakże – luksemburską.

Mimo tak spreparowanej ankiety, Luksemburczycy w przytłaczającej większości odpowiedzieli „3 razy luksemburska”, co niestety, słono ich kosztowało.

Mało kto wie, że Luksemburczycy mają swój Katyń, chociaż sami wolą jednak nie używać tego porównania. W nocy z 30 na 31 stycznia 1945 roku, w ciężkim więzieniu dla Luksemburczyków w Sonnenburgu, specjalne komando z Frankfurtu nad Odrą dokonało rzezi. Zamordowano 819 z 820 przetrzymywanych tam więźniów. Pięć miesięcy później wojna się skończyła.

Miasto Sonnenburg nosi dziś nazwę… Słońsk i znajduje się w Polsce, w województwie lubuskim.

 

Koniec części pierwszej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s