Laacher See. Europejskie Yellowstone

030

Miłe złego początki.

Podczas tankowania i kontroli ciśnienia powietrza zauważam, że nie mam światła „stop”. Żarówka okazuje się być w porządku. Winowajcą jest automat stopu, który się poluzował i po prostu się opiernicza zamiast pracować. Nie bardzo jest jak go przyłapać. W końcu sprawę załatwiają trzy „trytytki”. Mam nadzieję, że to koniec problemów. Swoją drogą, chyba pofatyguję się do jakiegoś majstra, niech wymyśli coś zamiast tego automatu. No przecież krew może człowieka zalać. Z niczym innym nie ma problemu, tylko z tym g.

Znów wyjazd na Autobahn. Kierunek północ. Pasmo górskie Hunsrücku powoli zaczyna się kończyć, teren się wygładza. Podjazdy stają się coraz łagodniejsze. Przede mną jakieś 150 kilometrów równego.
Na jakimś blogu wyczytałem, że ponoć autostrady, a te niemieckie w szczególności, są nudne. Nie zgadzam się zupełnie. Autobahn wiedzie przez las. Można podziwiać zmieniającą się roślinność, w tej chwili akurat w drzewostanie przeważają świerki. Teren, mimo że to już nie góry, nadal ma urozmaiconą rzeźbę. Zmienia się nawierzchnia drogi. Zaczyna się nieomal biały beton. Wygląda niesamowicie, kiedy tak ucieka pod nogami.
Jest tyle rzeczy wokół nas. Jak mawiał klasyk: „inteligentni ludzie się nie nudzą”.
Ruch na autostradzie jest niewielki. Widocznie innych podróżnych wystraszyła pogoda. Miało być słonecznie i ciepło, jednak już od rana pojawiły się chmury, a wraz z nimi ochłodzenie. Z jednej strony szkoda, bo mimo iż prędkość podróżna starego motocykla wynosi jakieś 80 – 90 km/h, to jednak napór zimnego wiatru nie jest zbyt przyjemny, a ponieważ brak tu owiewek, szyb i temu podobnych udogodnień, więc i schować się nie za bardzo jest za czym. Z innej strony patrząc – na drodze pustki, więc spokojnie można się oddać rozmyślaniom.

Końcówka wieku, a tysiąclecia to już szczególnie, jest zazwyczaj wspaniałą okazją dla wszelkiej maści katastrofistów do tego, aby publicznie snuć swe czarne wizje – jeśli nie końca świata, to chociaż globalnej katastrofy.
Zapowiadany na 2000 rok Armagedon jakoś nie nastąpił, jednak czarnowidze stale przesuwają jego datę. Teraz podobno ma nastąpić pod koniec 2012 roku, bo Majom zabrakło na kamiennej steli miejsca na dalsze wpisy… Pewnie jakby stela była nieco większa, to kalendarz dałoby się dociągnąć do 2100 roku albo i dalej. Swoją drogą, to dość komiczne. Majowie mieliby przewidzieć koniec świata, a nie znali daty zagłady własnej cywilizacji… To po cholerę ryć tak długi kalendarz, z którego i tak nie skorzysta już żaden z ich potomków…
Ostatnio na topie są wszelkie zjawiska wulkaniczne. Co i raz wybucha jakiś wulkan,  Yellowstone podobno szykuje się do erupcji…
Tymczasem zapominamy, że największy europejski „superwulkan” znajduje się tylko około 800 kilometrów w linii prostej od Wrocławia i ma postać pięknego, niemal okrągłego jeziora o powierzchni 3,3 km kwadratowego, otoczonego wzgórzami o średniej wysokości 125 metrów. Głębokość owego jeziora to 53 metry. Znajduje się ono na wysokości 275 metrów nad poziomem morza i jest największym jeziorem Nadrenii – Palatynatu.
Do Bonn jest stąd tylko 37 km, Koblencji 24 kilometry, a do Ardenach tylko 8 km.
Tyle wikipedia.

Jeśli dodamy do tego dwa czynne gejzery, które można podziwiać w tym regionie, to będziemy mieli pełną jasność.

Krajobraz znów się zmienił. Na horyzoncie pojawiły się znów góry, tyle że inne niż wcześniej. Nie tworzą one pasm, część ma charakterystyczny, trójkątny kształt.
Motocykl dojeżdża do Ulmen. Teraz należy zjechać z autostrady. Przy okazji zwiedzić to i owo. Ale najpierw paliwo.
I tu pojawia się mały dylemat. Benzyna 95 oktanowa występuje tu tylko jako E10, czyli z dużym dodatkiem bioetanolu. Jakoś nie mam zamiaru jeździć na gorzale, więc decyduję się na 98 oktanową, z nadzieją że ta chociaż jest bez żadnego spirytusu. Jednak nadzieja matką głupich. Podczas tankowania wydziela specyficzny, dziwny zapach, zupełnie nie przypominający benzyny, jaką znam. Całe szczęście, do zbiornika wlazło ledwo 7,5 litra tego „czegoś”.
Także spaliny nie mają charakterystycznego „bukietu” dwusuwu. Dym, który wydobywa się z wydechów ma zapach najbardziej zbliżony do… palonego cukru! Co jest? Benzyna z trzciny cukrowej czy jak?
Ulmen to piękne, małe miasteczko. Nie da się ukryć, w niemieckim stylu. Życie płynie tu spokojnie, mieszkańcy… No właśnie, jakoś nie widać mieszkańców. Gdzieś tam chyłkiem przeszedł jakiś staruszek, a tak – zupełnie wymarłe. Może to dlatego, że dziś jest wolny dzień, więc wszyscy śpią, ile się da? Zupełnie nie mam pojęcia.

001

Na przepięknym rynku znajduje się ciekawa fontanna. Opowiada ona historię o wiedźmach, matce i córce. Kiedy ich sekret się wydał, uciekły na miotłach przez komin, usypiając przypadkowego świadka na rok, tak dla pewności. Później już nikt ich nie widział.

002

003

Samo miasto położone jest nad niewielkim jeziorkiem. Nie trzeba być jakimś wielkim specjalistą, aby stwierdzić, że jest ono niczym innym, jak kraterem wulkanu, wypełnionym wodą. I to dość młodym kraterem. Ostatni wybuch Ulmenermaar miał miejsce bardzo niedawno, bo w 7 500 roku p.n.e. Jest to więc najmłodszy wulkan na północ od Alp. Jeziorko ma dość nieregularny kształt, jest długie na około 510 metrów i szerokie na 350 metrów. Głębokość jego wynosi 37 metrów.

005

006

007

Nad jeziorem wznoszą się mury starego zamczyska. Co ciekawe, nie bardzo wiadomo, kto był pierwszym panem na zamku. Zbudowano go około roku 1000, na fundamentach starszej, rzymskiej budowli. Zniszczono go dwukrotnie, w latach 1679 – 1789 oraz w 1852, kiedy to służył za źródło materiałów budowlanych dla miasta.

008

009

Zabezpieczono go dopiero w 1913 roku, od 1968 roku przeprowadzane są prace konserwatorskie.

Z jeziorem i zamkiem związana jest kolejna legenda, mówiąca o ogromnych rybach ponoć je zamieszkujących. Bazylejski uczony, Sebastian Münster, w roku 1542 pisał w swoich pracach o tych trzydziestometrowej długości niby-szczupakach, podobno zamieszkujących jezioro. A ponoć, gdy się je zobaczy, pewnym jest, że umrze ktoś z rodziny panującej na zamku.

Jezioro widziane z zamku.

010

011

012

Okolica wygląda sielsko – anielsko, jednak wydaje się, że drzemiące w głębi Ziemi potężne siły, nie powiedziały tu jeszcze ostatniego słowa. Od czasu do czasu, na dnie Ulmenermaar daje się zauważyć delikatne ślady pęcherzyków dwutlenku węgla…
Kościół w Ulmen widziany z zamkowego okna:

013

Wystrój kawiarni:

014

Niedaleko znajduje się drugie, większe jezioro, powstałe także przez eksplozję wulkanu – tym razem mającego miejsce 118 000 lat temu.

Z Ulmen podążam teraz na północ. Przy zjeździe z autostrady na drogę ekspresową, na światłach, dołącza do mnie „dziadek” na Goldwingu. Dziadek to może duże słowo – gość miał może koło sześćdziesiątki. Stanął swoim „autobusem” obok na pasie. Z jednej strony – wschodnioeuropejski motocykl, prosty jak to tylko możliwe, z drugiej – maksymalny luksus, jaki dostępny jest w pojeździe na dwóch kołach. Ja wychłodzony, wyszastany wiatrem. On – elegancko schowany za owiewkami, z nawiewem ciepłego powietrza na nogi. Radyjko gra, fajnie jest. Teoretycznie maszyny te nie pasują do siebie całkowicie. Ale, jak się okazało, nie jeźdźcy. Wystarczyło jedno spojrzenie i obydwaj wiedzieliśmy, że podążamy w tym samym kierunku. Chwilę później dwa motocykle pędzą szosą przez góry w kierunku Laachersee.

„Prujemy” te kolejne 100 kilometrów razem, chociaż dla Goldasa moja prędkość podróżna, wynosząca te 80 – 90 km/h pewnie jest męcząca. Ale kierowca nie daje po sobie nic poznać. Jedziemy razem aż do kampingu naprzeciwko Maria Laach przy samym jeziorze. Tam się rozstajemy. Mój nowy znajomy, z którym w trasie tak dobrze się rozumiałem, zjeżdża na obozowisko. Ja postanawiam najpierw objechać jezioro.

015

Las porastający wzgórza wokół jeziora jest niesamowicie bujny. Nie ma w tym fakcie nic dziwnego. Ziemie wulkaniczne należą do najżyźniejszych na świecie. Las porasta wzgórza wokół jeziora, którego szmaragdową taflę widać co jakiś czas wśród drzew…
Coś pięknego.

016

Tylko że jest to zabójcze piękno. Cały obszar Eifel to skupisko uśpionych wulkanów – pozostałość po całkiem niedawnej (w skali geologicznej to jakby wczoraj) próbie rozerwania kontynentu europejskiego na dwie części wzdłuż doliny Renu. Gdyby doszła do skutku, cały ten obszar byłby dziś ryftem wulkanicznym. Tutejsze wulkany dymiły jeszcze w czasach, kiedy w Europie dobiegała końca epoka lodowcowa. Jednym z ostatnich akordów była eksplozja Laachersee, oceniania na 6 VEI. Miała ona miejsce około 10 900 roku przed naszą erą, czyli jakieś 12 900 lat temu. Trwała zaledwie kilka dni. Mimo tego, zdołała zasypać dolinę Renu siedmiometrową warstwą popiołu, żużlu i pumeksu. Pyły wulkaniczne znajdowane są dziś w całej niemal Europie. Część naukowców twierdzi, że eksplozja Laachersee spowodowała przedłużenie epoki lodowcowej. Niektórzy mówią, że nawet o tysiąc lat.

017

Żeby było ciekawiej, aktywność wulkaniczna w tym regionie wcale się nie skończyła. Wręcz przeciwnie, w ostatnich latach wstrząsy sejsmiczne są coraz silniejsze i mają miejsce na coraz mniejszej głębokości. Od wieków obserwuje się bąble dwutlenku węgla, pojawiające się w południowo – wschodniej części jeziora. Ostatnio wydzielanie jakby się wzmogło. Według naukowców, na chwilę obecną, wulkan Laachersee nie stanowi zagrożenia. Jednak w przyszłości, w przeciągu kilku tysięcy lat ponowna erupcja jest „bardzo prawdopodobna”.

018

Trochę to uspokajające stwierdzenie, tym niemniej „rękę na pulsie trzeba trzymać”. Pieszy rekonesans nie wykazał jakichś większych, wzmożonych przygotowań wulkanu do wybuchu.

019

Na dnie jeziora znajduje się wrak brytyjskiego czterosilnikowego bombowca Halifax, który wodował tu 29 sierpnia 1942 roku. Ponieważ niejasne było, czy na pokładzie nie zawiera wciąż uzbrojonych bomb, dlatego na tym akwenie zabroniono żeglugi i kąpieli. Mimo podejmowanych prób penetracji wraku przez saperów, z uwagi na trudne warunki panujące w głębi jeziora, nie udało się stwierdzić, czy stanowi on zagrożenie.

Na brzegu jeziora w 1230 roku zbudowano opactwo benedyktyńskie Maria Laach. Zakonnicy, ślubujący ubóstwo, zbudowali tu sobie skromny klasztorek:

020

021

Ponieważ jezioro Laachersee nie posiadało naturalnego odpływu, jego poziom był bardzo zmienny. Po kolejnym zalaniu opactwa, zakonnicy postanowili uregulować niesforne jezioro i wybudowali specjalny kanał, odprowadzający nadmiar wody z kaldery. Ciekawe, że powtarzających się powodzi nie uznali za karę Bożą za grzechy, których najwyraźniej się dopuszczali. Tym niemniej, chyba jednak coś było na rzeczy, bo po pewnym czasie kanał uległ zawaleniu.

022

023

024

Wewnątrz katedry obowiązywał zakaz fotografowania, ale postanowiłem się tym specjalnie nie przejmować.
Wnętrze katedry:

025

026

027

028

Ostatnie spojrzenia na Laacher See. Sama nazwa znaczy „Jezioro Jezioro”. Laach to po prostu archaiczna odmiana wyrazu „jezioro”.

029

Dalsza podróż przebiegła pod znakiem dziwnych zdarzeń. Po przydługim manewrowaniu przy klasztorze Maria Laach, przegrzał się silnik. Rozpoczęło się od trwającego kilka sekund spalania stukowego, potem nastąpiło kilka strzałów w wydech. Pomógł dopiero stary, „indiański sposób” z całkowitym otwarciem przepustnicy. Wpadająca do cylindrów w nadmiarze mieszanka wraz ze wzmożonym przepływem powietrza na zewnątrz cylindrów spowodowała schłodzenie silnika. Niebezpieczeństwo zatarcia zostało zażegnane. Chociaż przy dość niskiej temperaturze i wiejącym wietrze silnik zagrzał się podejrzanie szybko.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej, podczas zmiany pasa ruchu zauważam, że kontrolka kierunkowskazów działa dość dziwnie. W prawo – normalnie. W lewo – zasuwa jak oszalała. Wygląda na to, że spaliła się któraś żarówka w kierunkowskazie. Nic wielkiego, motocykl ma na szczęście instalację 12 Volt (już wcześniej była 6 Volt), więc żarówkę kupię na każdej stacji paliw.
Akurat napatoczył się jakiś Shell. Śmieszna sprawa, ale teraz obie żarówki działają. Co jest? Samo się naprawiło? Jedynka, gaz, dwójka, lewy kierunkowskaz – znowu stroboskop. Regulator napięcia? Ale taki wybiórczy? Tylko na lewą stronę? Silnik nie pracuje lub pracuje na wolnych obrotach – wszystko w porządku. Gdy obroty wzrastają, w pewnym momencie zaczynają się problemy. Nagłe olśnienie. Wczesną wiosną w Belgii odkręcił się niemal zupełnie tylny lewy kierunek. Czym go dokręciłeś? Palcami. I co, taki uścisk masz w łapie, że będzie się trzymał? I rzeczywiście, mimo że sam kierunkowskaz jest we właściwej pozycji, nakrętka mocująca go jest poluzowana. Przy wysokich obrotach, od wibracji po prostu zanika masa i stąd problemy. Tym razem pożyczonym na stacji kluczem dociągam mutrę. Problem zniknął jak ręką odjął. Po prostu jestem genialny. No, nie do końca. Automat stopu działa tak sobie. To znaczy działa jak mu się chce. A jak mu się nie chce, to nie działa. Naprawdę trzeba będzie coś z tym zrobić.
Kolejne kilometry na autostradzie. Znów podziwianie krajobrazów, jezdni. Tym razem jadę po nowym asfalcie z jakimś dodatkiem podnoszącymi jego szorstkość. Drobniutkie kryształki dodane do nawierzchni (pewnie kwarc), błyszczą w słońcu tysiącami iskier. I cały ten spektakl przewija się właśnie pod kołami.
Czar pryska. Silnik dławi się i krztusi. Na rezerwę paliwa jest jakby sporo za wcześnie. Na szczęście dzieje się to przed zjazdem na stację benzynową „Hochwald”. Przynajmniej będzie można przyjrzeć się sprawie w cywilizowanych warunkach. Co teraz się dzieje?
Bez przekonania przerzucam kranik na rezerwę, motocykl wtacza się pod dach stacji. Zrzucam na luz, silnik nie gaśnie. A więc chyba jednak skończyło się już paliwo.
Rzut oka do zbiornika potwierdza tą teorię. Z drugiej strony jednak, nie zgadza się to ze stanem licznika. W porządku, jadę pod wiatr. Ale to jednak nadal nie tłumaczy tak dużego zużycia. Do Ulmen były przecież podobne warunki i spalanie było bardzo niskie. Nie ma innego wytłumaczenia jak to, że zatankowałem tam jakieś kiepskie paliwo. W porządku, teraz odmierzam sobie na „markowej” stacji dokładnie 10 litrów. Zobaczymy, po ilu kilometrach załączy się teraz rezerwa.
Przeczucie mnie nie myliło. Rezerwa znów załącza się dopiero po około 250 kilometrach, a to znaczy że spalanie jest w normie. Czyli jednak to było paliwo.

Coś czuję, że powoli robię się za stary na takie eskapady. Albo to motocykl jest już zbyt zmęczony tymi wyjazdami. Czas na Gold Winga? Pewnie przyjdzie.

030
Ale jak będę miał koło sześćdziesiątki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s